RAYMOND QUENEAU - Zazi w metrze [recenzja #10]




Unikatowa i zabawna powieść, literacka wersja Monty Pythona.


Queneau to niezmiernie ciekawa i ekscentryczna postać. Fan poezji i matematyki, który, łącząc te dwie pasje – napisał Sto tysięcy miliardów wierszy. Było to 10 sonetów składających się w sumie ze 140 wersów, które można w dowolny sposób ze sobą łączyć. Francuz wyliczył, że czytelnik, który chciałby poznać wszystkie możliwe kombinacje sonetów, musiałby na to poświęcić 190 milionów lat. Co jeszcze? Nie miał prawa jazdy, a do własnej żony przez całe życie zwracał się per „pani”.

Queneau nie mógł więc napisać zwyczajnej i przewidywalnej powieści, to chyba oczywiste. 

Zazi w metrze jest jedną z ostatnich jego publikacji. I – teoretycznie - jest to powieść (a w zasadzie powiastka) o niczym… 

Tytułowa Zazi to młoda dziewczyna – a w zasadzie osóbka, która znajduje się na granicy między byciem dziewczynką a dziewczyną. Z pewnością chce uchodzić za bardziej dorosłą, niż jest w istocie. 

Na podstawie książki nakręcono też film, mający i dzisiaj swych wielkich sympatyków.
Główną rolę grała Catherine Demongeot (na zdjęciu).
(źródło: kadr z filmu)

Pije piwo, próbuje się dowiedzieć, co to jest „hormoseksualizm” (tak, hormo, to nie literówka 😊), radzi sobie z natrętnymi podrywaczami i ani trochę nie przejmuje się konwenansami. Jej mottem życiowym jest „mam to gdzieś”, które pada na kartach książki wielokrotnie.
- Pan chyba dobrze nie zna tej dziewczyny. Odnosi się wrażenie, że pan dopiero teraz odkrywa jej rozmaite zalety.

Słowo zalety wymówiła w cudzysłowie.

- Mam gdzieś zalety – burknęła Zazi.


Zazi jest uparta, bywa wulgarna, ale jest w tym wszystkim szczera i autentyczna. Naprawdę da się ją lubić. Przepraszam wszystkich nauczycieli, ale muszę zaprezentować jeszcze jeden cytat, który mnie bardzo rozbawił. Zazi wyznała, że chciałaby kiedyś zostać nauczycielką. Na pytanie „dlaczego ?”, odpowiada tak:

Żeby dopieprzyć gnojkom […]. Tym, którzy będą w moim wieku za dziesięć lat, za dwadzieścia, za pięćdziesiąt, za sto i za tysiąc. A niech się zesrają! […] Będę się nad nimi pastwić. Każę im zeżreć gąbkę do tablicy. Wpakuję im ekierkę w tyłek. Będę ich kopać w dupę.  Bo będę nosić botki. W zimie. O, takie długie (gest). Z ostrogami, żeby ich dźgać w zadek.

Bardzo bezpośrednie, ale Queneau potrafi też zaczarować bardziej subtelnym humorem. Trudno się nie uśmiechnąć, czytając taki oto ustęp:

- Żegnaj, idę spełnić swój obowiązek – mówi [Gabriel] uroczystym tonem.

[…] Ogarniające go wzruszenie nie pozwala mu wypowiedzieć innych historycznych słów jak tylko „idę spełnić swój obowiązek”, ale jego spojrzenie zachodzi mgiełką melancholii właściwą osobnikom, których czeka wielka przyszłość. Pozostali w milczeniu skłaniają głowy. Wychodzi. Wyszedł.

I właśnie: bohaterowie Zazi w metrze. Francuz stworzył całą galerię oryginałów – aż dziw, że pomieścił ich wszystkich na ledwie 200 stronach: oprócz Zazi, jej opiekun Gabriel (vel Gabriella), Mado Mała Stópka, szewc Grzęda, czy papuga Zielenina.

Wiele z tych postaci ma swoje charakterystyczne powiedzonka. Na przykład papuga o wdzięcznym imieniu Zielenina, potrafi mówić tylko jedno zdanie: „Gadasz i gadasz, to wszystko, co potrafisz”. Fiodor Bałanowicz, oprowadzający po Paryżu turystów (nazywając ich „głupkami”), powtarza co rusz: „O świcie wyruszają na dawne pomosty Gibraltaru. Taką mają trasę”.

Prześmiesznych momentów jest tutaj cała masa. Opiekun Zazi, Gabriel, zostaje m.in. oskarżony przez dwóch rowerzystów o to, że śmierdzi majerankiem. W klubie o wdzięcznej nazwie „Nocny Marek” bierze udział w bójce z „hordami fagasów”. Na szczęście mógł w tym przypadku liczyć na wsparcie Zazi i wdowy Muak, które miotały karafkami i popielniczkami w kłębiący się tłum.

Wtem rozległ się ogłuszający huk. Gabriel runął na naczynia, pociągając za sobą na szczątki zastawy siedmiu rozjuszonych kelnerów, pięciu klientów, którzy włączyli się do akcji, oraz jednego epileptyka. Zgodnym powstawszy ruchem, Zazi i wdowa Muk podeszły do drgającej pośród trocin i fajansu ludzkiej magmy.

I jeszcze fragment o Żannie, której autor podarował ledwie dwa krótkie epizody w książce. Żanna jest wszak nie byle kim: matką Zazi.

Żanna Laloszera obudziła się raptownie. Spojrzała na zegarek leżący na szafce nocnej – było po szóstej.

- Nie mogę się ociągać.

Ociągała się jednak przez chwilę, żeby przyjrzeć się swemu gachowi, który spał nago i chrapał. Obejrzała go z grubsza, potem detalicznie, wpatrując się zwłaszcza pogodnym, choć znużonym okiem w obiekt, który tak ją zajmował przez dzień i dwie noce i który teraz bardziej przypominał oseska po karmieniu niż chwackiego grenadiera.

Także, przy powierzchownym traktowaniu dzieła Queneau, podczas lektury niewątpliwie uśmiechniemy się kilka razy, podniesiemy brwi w geście zaskoczenia, być może raz się zaśmiejemy na głos, po czym nieskażeni głębszą myślą wrócimy do tworzenia listy zakupów do Lidla.

I w tym właśnie momencie wkraczam do akcji, apelując: uwaga uwaga! Ta uśmiechnięta proza jest czymś więcej – pod warstwą liter kłębią się przeróżne myśli. Warto, a nawet trzeba się w ten świat zagłębić.  

18 twarzy Raymonda Queneau (źródło: domena publiczna) 

Nie zdradzę zakończenia, ale podsuwa ono pewien trop i zawiera, być może, klucz do zrozumienia, o co tak naprawdę autorowi chodziło. Nie bez znaczenia jest też tytuł, opisujący wydarzenie do którego tak naprawdę na kartach powieści wcale nie doszło. Zazi marzy o przejażdżce metrem, ale nie udaje jej się tego marzenia spełnić. Zazi mówi o metrze, przechodzi obok stacji, ogląda ją – ale z racji na strajk pracowników metra, do wymarzonej przejażdżki nigdy nie dochodzi.

Jest też Zazi w metrze cenną krytyką. Autor uderza m.in. w płytkość rozmów międzyludzkich, gdzie powtarzane są utarte frazesy, a rozmówcy wchodzą w odgórnie ustalone role, nawet nie próbując się nawzajem zrozumieć.

- Co u Ciebie?

- Aaa, jakoś leci. A u Ciebie?

- U mnie też ok.

Dobrze to znamy, prawda? To przykład tak zwanej rozmowy autobusowej, z której nic nie wynika i która mogłaby się tak w zasadzie nie odbyć. Ja osobiście nie znoszę takich pseudokonwersacji i z całym sercem łączę się tutaj z panem Raymondem w krytyce.

Jeśli dodamy do tego niesamowitą ekspresję językową, nieskrępowaną wyobraźnię autora, całą masę krótkich, konkretnych dialogów i surrealistyczne poczucie humoru, otrzymamy jedyną w swoim rodzaju powieść; prawdziwie literacką wersję cyrku Monty Pythona.

Powieść Queneau jest wciąż zaskakująco aktualna: w dobie wymyślania tysięcy nowych przedrostków do słowa „seksualizm”, w dobie poprawności politycznej przybierającej iście groteskową formę, czytamy o dziewczynce, oddanej pod opiekę mężczyźnie, który dorabia jak tancerka w klubie dla homoseksualistów, a jakby tego było mało – podrywają ją dorośli mężczyźni. W tle homoseksualizm, transseksualizm, a nawet cień pedofilii.

Queneau jest jednak bardzo sprytny: przybrał maskę wesołka, nakazującą traktować całe opowiadanie z przymrużeniem oka, zupełnie jak filmy o Jamesie Bondzie. I coś czuję, że na ewentualne zarzuty o seksualizację odpowie ustami Zazi: „mam to gdzieś”. 

EPILOG

W 1985 roku, 9 lat po śmierci Queneau, jego nazwiskiem nazwano jedną ze stacji paryskiego metra. Marzenie Zazi w końcu się spełniło.


Komentarze

Copyright © MILCZENIE LITER