50 NAJLEPSZYCH OPOWIADAŃ GROZY 2020-2024 [miejsca 30-21]

 

 


30. ALEXANDER MORITZ FREY - "Uwikłanie" (1920)
Abyssos (do przeczytania --> TUTAJ)

Ilustracja do opowiadania, autor nieznany (AI?).
(źródło: Abyssos, got. Milczenie Liter)

Dowód na to, że do udanego opowiadania wystarczy sama konwersacja. Cała frajda (i groza) zasadza się tutaj na jednym, jedynym dialogu. Żadnej pędzącej fabuły, opustoszałych domów, nic z tych rzeczy. Opustoszały zakład fryzjerski. Niepozorna rozmowa fryzjera i jego klienta, przypadkiem rzucane aluzje, śmiech przetykany niepewnością. Czy to wyrafinowana gra mordercy i ofiary? Czy każdy z nich jest świadom swej roli? Autor tak prowadzi narrację, że czytelnik nie może być niczego pewien. Niedoceniana perełka suspensu (podobnie jak „Rozkład” tego samego autora).

Klient poderwał się w fotelu, tak że odrobina piany nadal zwisała mu nad klatką piersiową.

- Czy zatem przychodzi to z łatwością? – zapytał wstrząśnięty. – Czy zupełnie bez trudu przychodzi poderżnięcie komuś gardła?

- Zgodnie z wiedzą anatomiczną, którą kolega kiedyś posiadał – odparł fryzjer fachowo – operacja nie będzie trudna do przeprowadzenia. W zeszłym roku u teścia na wsi zaszlachtowałem dwa prosięta. A teraz… Jak, powiada pan, zagadnął pan zamężną kobietę?



29. RUDYARD KIPLING - "Osobliwa przejażdżka Morrowbiego Jukesa" (1899)
C&T, (do przeczytania --> TUTAJ)

Ilustracja do opowiadania, autorstwa Williama Stranga (rok 1902).
(źródło: www.nationalgalleries.org)

Bardziej mnie tu wystraszył sam pomysł, niż fabuła. Jukes, młody brytyjski inżynier, podczas nocnej przejażdżki na swym koniu, wpada do stromej, piaszczystej rozpadliny otoczonej wysokimi na dziesięć metrów, równie piaszczystymi wałami. Miejsce to okazuje się być legendarną indyjską wioską umarłych, gdzie trafiają ludzie uznani za umarłych i śmiertelnie chorzy, którzy z powodów religijnych nie mogą powrócić do normalnego życia jako żywi.

Podczas epidemii cholery wynosi się ciała ludzi do spalenia, czasami zanim jeszcze umrą. Gdy znajdą się nad rzeką, zimne powietrze może człowieka ożywić i wtedy, jeśli drzemie w nim iskra życia, oblepia się mułem jego nos i usta, by ostateczne umarł. Jeśli jest trochę bardziej ożywiony, nakładają więcej mułu, ale gdy jest zbyt żywy, zabierają gdzie indziej.

Odgłos wystrzału wywabił ponad sześćdziesiąt ludzkich istot z nor borsuczych, które do owej chwili uważałem za niezamieszkane. (…) Wszyscy byli skąpo odziani w tkaniny łososiowego koloru (…) i od pierwszej chwili sprawili na mnie wrażenie gromady jakichś odrażających fakirów. Brud i ohyda tego zgromadzenia były wprost nie do opisania i zadrżałem na myśl, jaki żywot muszą wieść w swoich norach.

Wrzuceni do rowu jak śmieci, czekają na śmierć, odizolowani od świata. Organizują się w mini-społeczność, naznaczoną piętnem tragizmu. Nie tylko z racji na toczące ich choroby, ale także – a może i przede wszystkim – z racji na fakt, że nie da się stamtąd uciec. Załamany Jukes rozpoznaje w jednym z truposzowatych rezydentów swego niegdysiejszego znajomego, Gunga Dassa. Używając siły, sprytu i przekupstwa dowiaduje się, iż przed laty trafił w to miejsce inny biały człowiek, który poznał sposób na wydostanie się z tego miejsca…



28. RYŪNOSUKE AKUTAGAWA - "Koła zębate" (1927)
PIW, (do przeczytania --> TUTAJ)

Jedno z ostatnich zdjęć Akutagawy.
(źródło: www.ndl.go.jp)

Przejmujący zapis ludzkiej duszy, pożeranej przez szaleństwo, urojenia i napierające zewsząd załamanie nerwowe. Narrator przybywa na weselne przyjęcie swej siostry. Zamieszkuje w niewielkim, pogrążonym w mroku i półcieniach hoteliku. Nic szczególnego nie robi: przechadza się po miasteczku, wchodzi do księgarni, w hotelowym lobby spotyka znajomego, szuka kapcia który zniknął gdzieś w nocy...  Nerwy bohatera są wiecznie napięte, a egzystencja naznaczona fatalistycznymi wydarzeniami (ilekroć przyjeżdża pociągiem do Tokio, jest świadkiem pożaru, zawsze gdy wsiada do żółtej taksówki, zdarzał się wypadek itp.) Wszystkie wydarzenia interpretuje po swojemu; gdy w księgarni otwiera książki na losowych stronach, za każdym razem zdaje się znajdować cytat, który jest szpilką w jego stronę.

Jest to opowiadanie bez fabuły, rozedrgane niczym upalne powietrze, podsuwające obserwatorom miraże i zwidy. Bardzo oniryczne i schulzowskie, z dużą dawką niepokojących, nieco surrealistycznych scen, jak chociażby ta: 

- Tak, Shu Shun... - Nie wiedzieć czemu, nie byłem w stanie wymówić poprawnie nazwiska Shu Shunsuiego. Było to dla mnie niepokojące - przecież to był mój język ojczysty. (...)

W jego przekrwionym lewym oku pojawiło się coś na kształt uśmiechu. Zanim cokolwiek na to odparłem, poczułem, że nie potrafię wypowiedzieć ostatniej sylaby słowa "bezsenność". (...) Nie minęło dziesięć minut, a już szedłem sam ulicą. Rozrzucone tu i ówdzie na asfalcie pozgniatane skrawki papieru przypominały ludzkie twarze.

Do perfekcji zabrakło niewiele - wystarczyło nieco przerzedzić tę czeredę skojarzeń, dziwnych wydarzeń i ludzi, których zagęszczenie osiąga czasem karykaturalne rozmiary, wymykając się spod kontroli autora. 

Koła zębate to także przejmujący rys autobiograficzny. Głównym bohaterem jest pisarz, niejaki "A.". W jednej ze scen wspomina własne utwory, zażywa veronal żeby zaznać snu w nocy (Akutagawa popełnił samobójstwo w 1927 roku, właśnie poprzez przedawkowanie veronalu...). 



27. ALBERTO MORAVIA - "Hotel Splendido" (1944)
PIW, (do przeczytania --> TUTAJ)

Okładka zbiorku Moravii pt. "L'Epidemia" z 1944 roku, z którego pochodzi opowiadanie "Hotel Splendido".
(źródło: www.abebooks.com)

Dziwaczna rzecz prosto z Italii. Wesele młodej pary odbywa się w tytułowym hotelu Splendido, a wydarzenia poznajemy z perspektywy matki panny młodej. Hotel budzi w niej mieszane uczucia – dziwne ozdobne łańcuchy na ścianach, rubaszni kelnerzy, wszechobecny półmrok… Po podaniu mocnego wina wydarzenia nabierają rozpędu, jak to bywa na weselach. 

Czy państwo młodzi zdawali sobie sprawę z tego, że w momencie wyboru hotelu Splendido, ich los został przypieczętowany? Niektóre fragmenty opowiadania świadczą o tym, że tak, ale zauważyłem je dopiero za drugim razem. To czyni lekturę jeszcze bardziej frapującą.

Wyborne!

Tutaj natomiast sala była ogromna, fakt, wznosiła się ku górze, aż sklepienie ginęło w ciemności. I jeszcze te liczne schody bez dywanów i poręczy, z falującą linią wzdłuż ścian, naprawdę przypominały schody do piwnicy, po których schodzi się niepewnie i z wahaniem, a wchodzi radośnie z powrotem. One też składały się z czarnych bloków i ciemność sprawiała, że nie było wiadomo, gdzie się kończą.



26. ADOLFO BIOY-CASARES - "Kłamstwo ze śniegiem w tle" (1944)
PIW, (do przeczytania --> TUTAJ)

Okładka zbiorku "La trama celeste" z 1948 roku, z którego pochodzi wybrane przeze mnie opowiadanie.
(źródło: domena publiczna)

Historia w historii, czyli jeden z ulubionych, szkatułkowych motywów argentyńskiego pisarza. Casares w wyśmienitej formie: miesza wątki, ale nie zapomina w tym wszystkim o czytelniku. Już po kilku stronach sam umierałem z ciekawości by dowiedzieć się więcej o tajemniczym Duńczyku Vermehrenie. Dlaczego mieszka na uboczu ze swoimi córkami? Dlaczego z nikim nie utrzymuje kontaktu, a do ciekawskich intruzów strzela bez ostrzeżenia? Można tej spojrzeć wyżej: czy relacji z tych wydarzeń można zaufać? Albo jeszcze dalej: czy autor przekazujący relację tej osoby, nie zniekształca jej? Taka właśnie jest proza Casaresa: można się po niej ślizgać pobieżnie, jak po lukrze na cieście i też będzie smacznie. A dla literackich głodomorów czeka więcej: wystarczy wgryźć się w środek, by zasmakować tej niezwykłej mieszanki różnych smaków i warstw. I się w niej zatracić.

Zabrałem (lornetkę), ustawiłem ostrość i dostrzegłem wyraźnie białego konia, za nim żółty powóz, na którym siedział sztywno odziany na czarno człowiek. Mężczyzna zsiadł z wozu, a gdy tak patrzyłem, jak zmierza w stronę ogrodzenia, malutki i żwawy, owładnęło mną dziwne uczucie, że w tej konkretnej scenie odbijają się przeszłe i przyszłe gesty i że powiększany przez lornetkę obraz zawiera w sobie wieczność.



25. JERZY SOSNKOWSKI - "Duch Białego Szczytu" (1926)
PIW, (do przeczytania --> TUTAJ)

Ilustracja Sosnkowskiego do jednego z własnych opowiadań.
(źródło: "Naokoło świata", 1924, nr 6, Śląska Biblioteka Cyfrowa)

Najlepszy moment zbiorku Sosnkowskiego pt. Żywe powietrze. Akcja trzyma w napięciu od początku do końca: zawody lotnicze, jedno z zadań to lot nad owianym złą sławą Białym Szczytem. Wylatuje jeden pilot po drugim, sami mistrzowie swego fachu. Mijają godziny, nie wraca żaden z nich…  

Świetna rzecz! I znowu powracają ulubione motywy Sosnkowskiego: apatia mieszkańców miasteczka, jakieś bezrefleksyjne pogodzenie się z losem. Towarzystwo gór i śniegu tylko dodaje klimatu tej niepokojącej opowieści.

Pokój mój był mały, ciemny, jak wszystkie zresztą mieszkania w tej zapadłej górskiej mieścinie. Chyba nigdy jeszcze nie widziała ona tylu naraz gości, co teraz, podczas metyng’u. Czasem tu zawitało paru zwariowanych narciarzy, albo paczka amatorów górskiego powietrza i górskiej zimy, którym pieniędzy nie starczyło na modne i wygodne kurorty. (…)

Nawet zima wyglądała tu inaczej niż gdziekolwiek. Uśmiechnięta, biała, błyszcząca, wybrylantowana ziemia tutaj była ołowiano-szara, odrętwiała. Od śniegów popielatych, wiało piwnicą, wiało wyraźnie niezdrowym morzem, i przejmującym chłodem trupa.



24. JAROSŁAW IWASZKIEWICZ - "Matka Joanna od Aniołów" (1942)
Iskry, (do przeczytania --> TUTAJ)

Kadr ze słynnej ekranizacji opowiadania w reżyserii Jerzego Kawalerowicza (rok 1961).
(źródło: www.polityka.pl)

Do położonego w niewielkim Ludyniu klasztoru sióstr urszulanek zostaje wezwany egzorcysta, ojciec Suryn. Po drodze dochodzą go plotki o dziwnym zachowaniu sióstr, w szczególności przełożonej zakonu, zwanej matką Joanną od Aniołów. W międzyczasie przyczepia się do niego natrętny nieznajomy, niejaki Wołodkiewicz. W karczmie Suryn otrzymuje dziwną wróżbę z ust karczmarki, do zakonu lada dzień ma przybyć królewicz Jakub, a w mieścinie panoszy się żydowski cadyk, podobno wizjoner… W takim otoczeniu Iwaszkiewicz niespiesznie i kunsztownie rozwija sieć fabuły, niczym pająk swoją sieć. Stawia na drodze Suryna (i czytelnika) kolejne dylematy. Świetne, klimatyczne, opowiadanie, zmuszające do myślenia, literatura najwyższych lotów.

Matka Joanna zerwała się z ziemi, ale ksiądz Imber i ksiądz Ignacy schwycili ją pod ramiona i z wolna podprowadzili do ołtarza (...). 
- Ukórz się, ukórz! - powtarzali egzorcyści.

Matka Joanna wiła się w ręku prowadzących ją i wyrzucała z siebie przekleństwa, pokazując księżom wielki, opuchnięty, zupełnie czarny język. 



23. JORGE BORGES - "Ewangelia według świętego Marka" (1970)
Prószyński i S-ka, (do przeczytania --> TUTAJ)

Graficzna wariacja na temat twórczości Borgesa.
(źródło: www.elblogdetravisbickle.blogspot.com)

Całkiem możliwe, że groza i niepokój wyszły tu Borgesowi przypadkiem. W prologu do książki to właśnie te opowiadanie Borges wyróżnił jako najlepsze w całym zbiorze. Miał rację: to prawdziwa petarda. Ja uznaję je za opowieść grozy, czy może bardziej weird fiction, zwał jak zwał. 

Rok 1928, zwyczajny student medycyny Baltasar Espinosa na zaproszenie swego kuzyna przyjeżdża na stancję do Los Alamos, z zamiarem spędzenia tam wakacji. Rodzina Gutre, do której trafił, to typowa wiejska rodzina: ojciec, nieokrzesany syn i dziewczyna z niewiadomego łoża. Wkrótce Espinosa znajduje ukrytą Biblię, a w niej odręczne zapiski opisujące losy rodziny Guthrie, bo tak się naprawdę nazywała. Przybyli ze Szkocji, wkrótce wymieszali się z miejscowymi Indianami. Obecne pokolenie to analfabeci. Pewnego dnia przy obiedzie Espinosa odczytuje na głos fragment Ewangelii według świętego Marka. Zaskoczyło go nagłe zainteresowanie ze strony wieśniaków… kazali mu czytać każdy fragment po kilka razy, bo go lepiej zrozumieć. Co się dalej działo, nie zdradzę, ale dla tego jednego opowiadania warto zaopatrzyć się w Raport Brodiego

Zakończenie wyrwało mnie z butów, ciarki na plecach nie dały o sobie zapomnieć jeszcze wiele minut po skończonej lekturze. Iście mistrzowska literatura.

Potem Espinosa położył się, aby przespać sjestę, lecz lekki sen ciągle przerywały mu powtarzające się uderzenia młotka i jakies nieokreślone przeczucie, że coś się stanie.



22. PRIMO LEVI - "Angelica Farfalla" (1962)
Wydawnictwo Literackie, (do przeczytania --> TUTAJ)

Primo Levi się ukrył.
(źródło: www.ecodibergamo.it)

Groza ukryta głęboko. Żeby ją pojąć, trzeba przeczytać opowiadanie, ułożyć wydarzenia chronologicznie, zwrócić uwagę na kilka słówek, dopowiedzieć sobie resztę i... sprawdzić, co oznacza tytuł, pozornie nie mający sensu z całą historią. Levi gra z czytelnikiem. 

Opowiadanie stanowi mieszaninę diabolicznych eksperymentów Nazistów, kryminału i nutki horroru. Fabuła w skrócie: alianccy śledczy udają się do zniszczonego wojenną pożogą Berlina, aby zbadać pozostałości laboratorium profesora Leeba, ekscentrycznego nazistowskiego naukowca. Już na początku autor zdradza, co komisja zastała na miejscu. W miarę rozwoju akcji poznajemy rękopis Leeba, jego fascynację aksolotlami, wreszcie zgłasza się niejaka Gertrude Enk, mieszkająca nieopodal, która relacjonuje, co działo się z Leebem i jego laboratorium podczas bombardowań w 1943 roku. I choć dowiadujemy się też, co było w środku, za zamkniętymi drzwiami, Enk w swojej relacji pomija pewne szczegóły. Gdy wczytamy się dobrze w jej słowa i zestawimy je z początkiem opowiadania, dotrze do nas, co najprawdopodobniej znajdowało się w laboratorium naukowca i jaki los owe znaleziska spotkał. Pikanterii całej historii dodaje fakt, iż sam profesor Leeb rozpłynął się w powietrzu. Jest to uosobienie zła.

Levi poszatkował całą historię. Zostawia kilka strzępków i celowo zaburza ich chronologię. Po co to robi? By zaintrygować czytelnika, zachęcić do samodzielnego śledztwa i zmusić do wyobrażenia sobie całej tej makabrycznej historii. O mały włos nie poświęciłbym temu opowiadanku wiele czasu, dlatego się trochę rozpisuję, by nikt nie powtórzył mego błędu.

Wyśmienita literacka zagadka, tym razem śmiertelnie poważna. I przerażająca.

Gdy weszli, znaleźli się w ciemnościach. Rosjanin zapalił latarkę, potem otworzył na oścież okno: słychać było szybką ucieczkę szczurów, lecz ich samych nie było widać. Pokój był pusty: ani jednego mebla. Był tylko zwykły, ordynarny strop i dwa grube pale, biegnące równolegle i poziomo od jednej ściany do drugiej.



21. ROBERT AICKMAN - "Ciceroni" (1968)
Wydawnictwo IX, (do przeczytania --> TUTAJ)

Katedra św. Bawona w Gandawie. To właśnie tutaj toczy się akcja "Ciceroniego".
Ktoś chętny na wycieczkę do Gandawy? :)
(źródło: flick.com, fot. Dom Nessi)

Jak wiemy, mroczne kościoły są świetnym miejscem do poprowadzenia historii grozy.  Akcja toczy się w istniejącej naprawdę katedrze św. Bawona w Gandawie, do której swe kroki skierował John Trant, przebywający na urlopie bohater opowiadania. „Ciceroni” to coś na kształt upiornego przewodnika turystycznego: narrator opisuje kolejne zabytki katedry – a to obraz Gerarda Seghersa pt. Męczeństwo św. Liwina, a to Rubens, czy Van Eyck. Opisy tych architektoniczno-malarskich cudowności (na szczęście odpowiednio krótkich, bardziej encyklopedycznych wzmianek) autor perfidnie wykorzystuje, by wsączyć strużkę niepokoju, kapiącego coraz szybciej… 

Katedra wcale nie jest pusta, Trent spotyka kilka dziwnych osób, a w jednej z kaplic tłum „dziwacznych starych Belgijek, tłustych, brzydkich, nijakich i despotycznych". Gdy już chciałem się zaśmiać, Aickman dodał mimochodem, iż baby pogrążone były w upiornej zadumie i nie zauważyły nawet nadejścia intruza. Napięcie potęguje uciekający czas: bohater co chwilę zerka na zegarek, w obawie, że nie zdąży obejrzeć wszystkich zakamarków katedry przed jej zamknięciem.

Zakończenie nie zawiodło: na tyle otwarte, by pobudzić wyobraźnię i na tyle zamknięte, by nadać tym wyobrażeniom pewien kierunek… Aickman potrafi w te klocki.

PS. Kilka lat temu - to już historia prawdziwa - znaleziono w katedrze 800 kompletnych szkieletów, w tym wiele dziecięcych, a także 5 ton luźnych kości…

Trent odnosił wrażenie, że kolejne obrazy i freski były coraz bardziej upiorne, ale składał to na karb ich kumulowanego działania. W każdym razie, na pewno nie zostało ich wiele.


50 NAJLEPSZYCH OPOWIADAŃ GROZY 2020-2024 [miejsca 40-31]

 



40. ALEXANDER MORITZ FREY - "Odwet" (1920)
Abyssos (do przeczytania --> TUTAJ)

Wydanie "Strachów codzienności" Freya z 1920 roku.
(źródło: www.abebooks.com)

Zdziwaczała stara panna, ponad 86-letnia Konstancja Kaltwasser zdaje się chorować. Na co dzień żyjąca w towarzystwie zgrai kotów, stroniąca od ludzi, w imię wyższych celów zmusza się do przyjęcia lekarza. Ten niechętnie odwiedza ciocię, a jego opory zwiększa panująca w domu ciemność i smród kocich ekskrementów. Starsza pani i jej koty… ale nie dajcie się zwieść pozorom. 

To świetna rzecz z mistrzowsko budowanym napięciem. Dodatkowym smaczkiem jest niechęć narratora do pani Konstancji, z którą się w ogóle nie kryje. Ja się bawiłem świetnie, ale ze względu na niektóre sceny, nie polecam tego opowiadania ortodoksyjnym miłośnikom kotów.

Zapadnięte wargi, pomarszczone i wyschnięte, lśniły szkarłatem. Linie, które narysowała, wybiegały daleko poza kąciki ust: niczym świeżo pęknięta rana (…). Jej oczy, bezrzęse i zwilżone od paskudnego zapalenia spojówek, błądziły wokół mojej osoby (…).

Nadludzkim wysiłkiem zbieram się w sobie, aby nie cofnąć się z przerażeniem, po czym pytam zduszonym głosem raz jeszcze:

- Co tobie właściwie dolega, ciociu?


*

39. JANUSZ MEISSNER - "Biały reporter" (1927)
Wydawnictwo Literackie (do przeczytania --> TUTAJ)

Idealnie pasuje mi tutaj okładka albumu Marylin Mansona pt. "The Pale Emperor".
(źródło: domena publiczna)

Prawdziwa perełka pana Janusza. Renard, weteran lotniczy, prowadzi statystyki dotyczące wypadków lotniczych. Zauważa pewne interesujące prawidłowości… I zauważa coś jeszcze. Zazwyczaj w dniu katastrofy i śmierci pilota, w gazecie ukazuje się jego zdjęcie, zrobione na krótko przed śmiercią. Kto jest autorem zdjęcia? Czy może to być tajemniczy, owiany legendą, Biały Reporter, młody człowiek o bladej twarzy i jasnych włosach?
Opowiadanie nie przeraża narracją, ale świetnym pomysłem, za który składam pokłon Meissnerowi.

- Prowadzę bardzo szczegółową statystykę wypadków lotniczych we Francji. (...) Otóż między innymi zauważyłem, że w ciągu ostatnich trzech lat na ogólną liczbę 70 poważniejszych kraks trzydzieści siedem poprzedziło sfotografowanie pilota lub samolotu, który uległ tego dnia wypadkowi. (...) Fotografie dziewięciu pilotów, którzy zginęli, ukazały się w dziennikach tego samego dnia (...). Nie udało mi się tylko dociec, od kogo redakcje otrzymały te zdjęcia. Na moje pytania najczęściej odpowiadano, że odbitkę nadesłał pocztą nieznany fotograf. Ale to jeszcze nie wszystko.

*

38. WILLEM FREDERIK HERMANS - "Niewidomy fotograf" (1957)
PIW (do przeczytania --> TUTAJ)

Kadr z filmu pt. "Niewidomy fotograf" z roku 1973, w reżyserii Adriaana Ditvoorsta.
(źródło: www.neerlandistiek.nl)

Groteska, surrealizm, „dziwność” i nutka grozy. Główny bohater, Abbie, to zblazowany dziennikarz, prowadzący w elitarnym tygodniku rubrykę pt. „Paradoksalne indywidualności”. Pewnego dnia naczelny wysyła go z misją napisania artykułu o słynnym w okolicy niewidomym fotografie, zamieszkującym najwęższy dom w całym mieście. Zdziwienie Abbiego rośnie. Najpierw, gdy po przekroczeniu progu zauważa, iż mieszkanie tonie w mroku. Potem, gdy przekonuje się, że rodzice fotografa nie chcą zaprowadzić go do niewidomego syna. Wreszcie, gdy zauważa, że mieszkanie ma strukturę wagonu kolejowego – jest długie i wąskie. Powiedziałbym wręcz, że jest podejrzanie długie – po przejściu kilkudziesięciu metrów w prawie całkowitej ciemności, Abbie wciąż nie dotarł do przeciwległej ściany…
Świetna, niedoceniana rzecz; gęsta od treści i zawiesistego, groteskowego klimatu.

Ciągle jeszcze szliśmy. Obejrzałem się. Okno wystawowe było już tylko niewyraźną, białą plamą, nie większą od znaczka pocztowego.
- Widziałem, że się pan oglądał za siebie – odezwał się ojciec fotografa – zaraz pan powie, że jest tak ciemno, że nie widać ręki przed oczami i zapyta, czy nie mógłbym przekręcić kontaktu. Ale ja powiem panu tylko jedno: również sieć elektryczna nie sięga tak daleko. (…)
- Proszę mieć do mnie zaufanie – powiedział - znajdziemy z pewnością, razem. Tak jak już powiedziałem: jestem człowiekiem, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych.

*

37. GUSTAV MEYRINK - "Albinos" (1907)
Abyssos (do przeczytania --> TUTAJ)

Gustav Meyrink.
(źródło: www.quadernidaltritempi.eu)

Spotkanie członków tajemnego bractwa, którzy postanawiają otworzyć tajemną relikwię zakonu – tzw. „Zapieczętowany list z Pragi”. Legenda głosi, że kto go otworzy, tego twarz „zostanie pochłonięta przez mrok i nigdy więcej się nie ukaże”… Jednocześnie z ust brata Ariosa poznajemy historię młodszego brata Corvinusa. ...który w tym samym czasie, wraz z innymi młodymi, udaje się do tajemniczego rzeźbiarza, aby wykonać odlew gipsowy swej twarzy i w ten sposób przechytrzyć klątwę listu. Ów rzeźbiarz śpi w dzień, pracuje w nocy i podobno jest albinosem. 
Nie da sie ukryć, że jest to nieco chaotyczne opowiadanie. Musiałem je przeczytać dwa razy, żeby zrozumieć. Meyrink prowadzi dwutorową narrację, zręcznie splatając oba wątki w przerażającym finale opowieści. 
Końcówka wynagradza wszystko. Bohaterowie przebywają w mieszkaniu, do którego nie przedostaje się nawet promień światła. Pusty, mroczny dom i zamieszkujące go upiory to motyw do znudzenia eksplorowany przez literaturę grozy. O ileż bardziej niepokojąca jest wariacja tego pomysłu, którą zastosował Meyrink: dom, ale nie pusty, lecz zamieszkały przez ludzi z krwi i kości. 
Dlatego właśnie końcowe sceny w labiryntowym, pogrążonym w zupełnych ciemnościach, domu rzeźbiarza Iranaka-Essaka, zostają w pamięci na długo. 

Wygląda na to, że jest to starożytny budynek z wieloma wyjściami, jak lisia nora – jeden z tych dziwnych labiryntów, które wciąż stoją w tej dzielnicy miasta od XVII wieku – rzekł w końcu półgłosem Fortunat. A okno wygląda na podwórze tak, by do środka nie wpadało żadne światło !?
- Cyt, cyt, cicho wszyscy – wyszeptał Corvinus. – Cyt! Słyszeliście? Coś zbliża się po cichu. A może jest już w pokoju?
- Tam! Tam ktoś stoi! – poderwał się nagle Pherekydes. – O tam, ledwo pięć kroków od nas – widzę go całkiem wyraźnie.
- Hej ty! – krzyknął głośno i dało się słyszeć, jak jego głos drży od stłumionego strachu i zdenerwowania.

 

 *

36. ROBERT W. CHAMBERS - "Kapitan portu" (1904)
C&T (do przeczytania --> TUTAJ)

Ilustracja do "Kapitana portu".
(źródło: www.oldstyletales.com)

Nie robi aż tak piorunującego wrażenia, jak „Żółty znak” (numer 1 w moim poprzednim zestawieniu – TUTAJ), ale wciąż pobrzmiewają w nim mistrzowskie akordy. Bohater – dyrektor wydziału ptactwa wodnego jednego z ogrodów zoologicznych na prośbę swego szefa, profesora Farrago, wyrusza odwiedzić niejakiego Halyarda, który rzekomo posiada dwie alki olbrzymie – ptaki wymarłe, niewidziane już od wielu lat. Halyard mieszka samotnie, na kawałku skały między dziczą a morzem.  

Jest kilka powodów do pochwał: świetny lovecraftowski klimat, znakomicie odmalowane postacie – szczególnie kalekiego, antypatycznego zrzędy Halyarda, wątki ornitologiczne, a przede wszystkim unosząca się nad całością otoczka ironii i sarkazmu. I zakończenie, które inteligentnie podsumuję w ten sposób: hehehe.

Byłem mniej więcej w połowie drogi okalającej plażę i przyglądałem się skalnej ścianie naprzeciwko, gdy coś na samej jej górze przykuło moją uwagę – na tle nieba rysowała się ciemna sylwetka mężczyzny. Już po chwili jednak wiedziałem, że to nie mógł być człowiek, bo stwór nagle ześlizgnął się po ścianie, pomknął po urwistej gładkiej powierzchni jak jaszczurka. Zanim zdążyłem mu się dobrze przyjrzeć, stworzenie wpełzło do wody, przynajmniej tak mi się zdawało, ale wszystko wydarzyło się tak nagle, tak nieoczekiwanie, że nie byłem pewien, czy w ogóle coś zobaczyłem.

*

35. STANISŁAW BALIŃSKI - "Schody" (1965)
Polska Fundacja Kulturalna (do przeczytania --> TUTAJ)

Ilustracja autorstwa Danuty Laskowskiej do "Schodów".

Bez dwóch zdań jedno z najlepszych opowiadań, jakie wyszły spod ręki Balińskiego. Jego bohater przed wyjazdem w dalekie strony postanawia odwiedzić dawno niewidzianego kolegę z lat szkolnych.
Nie był u niego tak dawno. Nie pamiętał nawet numeru mieszkania. Ale było to mieszkanie gdzieś wysoko, na nie wiedzieć którym piętrze budynku, który oczywiście nie dysponował windą. Dozorca zapalił światło na schodach. Zaczynało się zmierzchać.

- Nieprzyjemna kamienica – myślał wchodząc. – Nawet nie kamienica, a wieża… co za okropne schody! A te okna! – Dziwił się pnąc się w górę. – Wąskie i prawie niewidoczne. Co za pomysł, żeby je umieszczać tak wysoko, pod samymi prawie sufitami każdego półpiętra. Kaprys architekta, czy też niezrozumiała kalkulacja budowniczego?

Nie będę zdradzać dalszego ciągu, ale ta zacna miniaturka zgrabnie nawiązuje do modnej obecnie stylistyki weird fiction. Wbija się w tętnice czytelnika i konsekwentnie wsącza w jego krwiobieg solidną dawkę niepokoju. Schody śmiało mogłyby się znaleźć w zbiorze opowiadań Guni czy Ligottiego, nie zaniżając ani trochę ich poziomu.  

Jest to być może najkrótsze opowiadanie w całym zestawieniu.

*

34. ANTON CZECHOW - "Czarownica" (1886)
Czytelnik (do przeczytania --> TUTAJ)

Ilustracja do "Czarownicy" z roku 1902 autorstwa Viktora Apsita.
(źródło: Wikipedia, domena publiczna)

Zamieć, pusto wokół, a Czechow całą akcję umieścił w ścianach jednej niepozornej izdebki,  wciśniętej w mur opustoszałej cerkwi. 
Kontrast między śmiesznym, brudnym i nieporadnym Sawielijem a jego żoną - wyrachowaną, tajemniczą diaczychą, Raisą Niłowną, którą małżonek podejrzewa o konszachty z diabłem.

Czy Sawielij ma rację? Jak interpretować zakończenie? Czy pocztylion znalazł drogę w śnieżnej zamieci? Nie jest to typowa opowieść grozy, ale akcenty niesamowite są wyraźnie obecne. A nawet jeśli ich nie wyczujecie, zawsze pozostaje podziwianie absolutnego mistrzostwa stylu Czechowa, który przeplata grozę z humorem, pozostawiając je w idealnej równowadze.

Nie, babo, nie ma na świecie chytrzejszego stworzenia od waszego babiego rodu. Prawdziwego rozumu ani tyle, dalibóg, nie macie, co szpak, a za to chytrości diabelskiej — u-u-u! — ratuj, Królowo Niebios! Ot, poczta dzwoni! Zamieć ledwo się zaczynała, a ja już wszystkie twoje myśli wiedziałem. Naczarowałaś, pajęczyco! 
 — Co się mnie czepiasz, piekielniku? — zniecierpliwiła się diaczycha. — Czegoś przyczepił się jak ten kleszcz? 
 — A tegom się przyczepił, że jeżeli tej nocy, nie daj Boże, co się przydarzy... ty, słuchaj!... jeśli się coś przydarzy, to jutro ledwo świt pójdę do Diakowa, do ojca Nikodema i wszystko mu wyjawię. Tak i tak, powiem, ojcze Nikodemie, darujcie wielkodusznie, ale ona jest czarownicą. A czemu? Hm... życzycie sobie, ojcze, wiedzieć, czemu? Proszę... Tak i tak. I biada ci, babo!

*

33. RUDYARD KIPLING - "Znamię Bestii" (1891)
C&T (do przeczytania --> TUTAJ)

Ilustracja do "Znamienia Bestii" z 1900 roku. Autor: William Strang.
(źródło: www.nationalgalleries.org)


Perła literatury niesamowitej, z konkretną i namacalną grozą. Po suto zakrapianej imprezie podpity Brytyjczyk Fleete znieważa indyjską świątynię, gasząc niedopałek cygara na czole podobizny Hanumana – małpiego boga. Wkrótce Fleete dostaje drgawek, pocąc się obficie. Sytuacja staje się poważna, a wplątane w nią zostają siły, które trudno naukowo uzasadnić. Paranoiczny klimat, konkretna, elegancka narracja, i absolutnie przerażający Srebrny Człowiek czynią ze Znamienia Bestii znakomitą propozycję na jesienne wieczory.

Wtedy, bez ostrzeżenia, z niszy za wizerunkiem bóstwa wyłonił się Srebrny Człowiek. Pomimo przejmującego zimna był zupełnie nagi, a jego ciało lśniło niczym srebrzysty szron, był bowiem kimś, kogo w Biblii nazwano "zbielałym od trądu jak śnieg". Ponadto nie miał twarzy, bo zżerająca go od lat choroba poczyniła widoczne spustoszenia. (...)

Nagle Srebrny Człowiek przecisnął się pod naszyi ramionami, wydając dźwięki podobne do popiskiwania wydry, otoczył Fleete'a ramionami i przytulił głowę do jego piersi, nim zdołaliśmy go odciągnąć. Później wycofał się w kąt i siedział, pomiaukując jękliwie, podczas gdy tłum ludzi zagrodził wszystkie drzwi.

*

32. WILLIAM WYMARK JACOBS  - "Małpia łapka" (1902)
C&T (do przeczytania --> TUTAJ)

Ilustracja do "Małpiej łapki".
(źródło: www.ellechemy.wordpress.com)


Oczywisty wybór. Tajemniczy artefakt, który rzekomo spełnia życzenia swego właściciela. Małpia łapka to także świetne zakończenie, posmak egzotyki, szybka eskalacja grozy i niepokoju.  Niesamowite wrażenie robi świadomość bohaterów: oni doskonale czują, że stanie się coś złego. Czekają na to, pogodzeni z losem, ale też z nadzieją, że może będzie inaczej… Jaką rolę w dziwnych wydarzeniach pełni tytułowa małpia łapka? 
Nawiasem mówiąc, czy jest w ogóle ktoś, kto nie zna tego opowiadania? Dla niektórych ikoniczne, dla mnie "tylko" bardzo dobre.

- Na oko - rzekł major grzebiąc w kieszeni - to zwykła, mała łapka, wysuszona jak mumia. Wyjął z kieszeni jakiś przedmiot i pokazał (...).
- I rzeczywiście wszystkie trzy pańskie życzenia zostały spełnione? - spytała pani White.
- Tak - odparł major, a szklanka zadzwoniła o jego mocne zęby.
- A czy ktoś inny też już wypowiadał życzenia? - zapytała starsza pani.
- Pierwszy właściciel łapki wyraził swoje trzy życzenia - brzmiała odpowiedź. Nie wiem, jakie były pierwsze dwa, ale trzecie było prośbą o śmierć.

*

31. HERBERT GEORGE WELLS  - "Czary Porroha" (1895)
Księgarnia polska Bernarda Połonieckiego, 
(do przeczytania --> TUTAJ)

(źródło: www.amazingstories.com)

Czary Porroha to więcej niż zgrabne połączenie thrilleru, horroru i kryminału o wartkiej akcji oraz kilku makabrycznych scenach. Główny bohater o nazwisku Pollock jest członkiem ekspedycji przebywającej na południowym wybrzeżu Afryki. Tam flirtuje z piękną dziewczyną Porrohów – tajemniczego, budzącego grozę plemienia kanibali. Już wcześniej miał z nimi na pieńku bezcześcił ich miejsca kultu, przez co Porrohowie dybią na jego życie. Pollock zostaje wyrzucony z ekspedycji, a jego tropem podąża czarownik-zabójca, wybitny członek plemienia i postrach całej południowej Afryki. Pollock postanawia jak najszybciej dotrzeć do Europy, jednocześnie szykując zasadzkę na swego prześladowcę… Wtedy zaczyna się najciekawsza część opowiadania, której nie zdradzę, by nie psuć przyjemności z lektury. 
Aż dziw, że historia ta nie doczekała się współczesnego wznowienia. Dostrzegam w niej także ogromny potencjał filmowy. Przeczytałem jednym tchem – duszna, klimatyczna rzecz, choć dość sztampowa.

Podobnie jak w przypadku Czechowa - lekkość, z jaką Wells operuje piórem, nie podlega żadnej dyskusji.

„Ale co on takiego może zrobić?” zapytał Pollock trochę nerwowo.
„Muszę pana stąd szybko wyprawić. Coś wisi w powietrzu, bo inaczej nie byłoby tak spokojnie. Ten ich piekielny wywar śmierdzi aż do samego nieba”, odparł Waterhouse po krótkiej pauzie. Pollock pragnął się dowiedzieć, co Waterhouse rozumie przez ów „wywar”. „Tańczą, jak nieme cienie, wśród koliska ludzkich czaszek”, objaśniał Waterhouse, „i warzą coś cuchnącego w miedzianym garnku”. Pollock prosił o bliższe szczegóły. Waterhouse milczał, Pollock napierał.

***

50 NAJLEPSZYCH OPOWIADAŃ GROZY 2020-2024 [miejsca 50-41]

 



Krótka instrukcja, jak czytać ranking:

- co tydzień kolejnych dziesięć miejsc. Aby zapewnić względną różnorodność, ustawiłem limit dwóch opowiadań na jednego autora,

- termin "opowiadanie grozy" jest bardzo pojemny. Nie patrzałem na szufladki stylistyczne, do zestawienia wybierałem historie, które mnie osobiście zaniepokoiły lub wystraszyły, nawet jeśli nie są powszechnie zaliczane do nurtu opowieści niesamowitych,

- gwoli przypomnienia: oceniam nie książki wydane w ostatnich pięciu latach, tylko rzeczy, które w tym czasie przeczytałem,

- przy każdym miejscu podaję autora, tytuł opowiadania, rok powstania (nie polskiego przekładu!) oraz wydawnictwo. Z każdego opowiadania starałem się wybrać jeden cytat.

To tyle, jeśli chodzi o formalności. Na rozgrzewkę, miejsca 50-41. 


Dajcie znać, czy znacie te historie i czy też się Wam podobały, jestem ciekaw!


***

50. HENRYK SIENKIEWICZ - "Sen" (1893)
Gebethner & Wolff
(do przeczytania --> TUTAJ)

Hotel du Palais w Biarritz, 1915. Może to właśnie w salach tego hotelu doszło do wydarzeń opisanych przez Sienkiewicza? Tym bardziej, że właśnie w 1893 roku hotel otworzył swe podwoje.
(źródło: www.historichotelsnowandthen.com)


Zaskakujący dla wielu flirt naszego wybitnego noblisty z opowieścią niesamowitą (dodajmy, niejedyny). Skompresowana do granic możliwości, mieści się na dwóch zaledwie stronicach. 

Towarzyskie spotkanie, rozmowy o wydarzeniach niesamowitych. Głos zabiera doktor, typ sceptyka. Kilkanaście lat wcześniej przebywał w Biarritz, gdzie flirtował z pewną Angielką. Nocami zaś prześladował go niepokojący sen, powtarzający się dokładnie w tej samej formie co kilka dni: doktor wychodzi z domu, a na ulicy stoi karawan z otwartymi drzwiczkami, do którego zaprasza go uprzejmym gestem młody chłopak. Jakiś czas później, w hotelu, otwierają się drzwi windy, w których stoi dokładnie ten sam młodzieniec...

Nie jest to rzecz wybitna, ale czyta się szybko. Sztampowe, ale zgrabnie napisane opowiadanko. W sam raz na miejsce 50.

I jeszcze ciekawostka: narrator wyraźnie podkreślał charakterystyczne, wyłupiaste, rybie oczy chłopaka. Tak więc jeśli chodzi o grozowy potencjał rybich oczu, Sienkiewicz wyprzedził Lovecrafta o dobrych kilkanaście lat.

Po kilku tygodniach wyjechałem do Paryża i stanąłem w tym samym co i moja Angielka hotelu (…). Przebrałem się pośpiesznie, a następnie poszedłem do windy, by zjechać na dół, do sali jadalnej. Na korytarzu spostrzegłem moich znajomych, dążących także do windy, zbliżyłem się jednak do drzwiczek pierwszy i nacisnąłem guzik elektryczny. Po chwili usłyszałem głuchy turkot windy, następnie drzwiczki odsunęły się, i nagle cofnąłem się, jakbym zobaczył śmierć. W otwartych drzwiczkach ukazał się piętnastoletni chłopak, o jasnych włosach i rybich oczach, przybrany w czarną kurtkę z szamerunkami i metalowemi guzikami, taki sam, jakiego widywałem we śnie. Stał we drzwiach na chwiejącej się jeszcze windzie i uprzejmym ruchem zapraszał mnie do środka.

*

49. ARTHUR SCHNITZLER - "Przepowiednia" (1902)
Wydawnictwo "Książek zajmujących", Przemyśl (do przeczytania --> TUTAJ)

Cały brzuch Schnitzlera zmieścił się na zdjęciu, czego nie można powiedzieć o jego lewym łokciu.
(źródło: domena publiczna, Wikipedia)

Narrator-dramaturg pisze dla znajomego barona sztukę na zamówienie. Po pewnym czasie przybywa na jej premierę i ze zdumieniem zauważa, że jeden z gości lustruje go wzrokiem. Wkrótce na jaw wychodzi historia, która w nieprawdopodobny sposób splątała losy owych dwóch gentlemanów...
Jest to bardzo udane opowiadanie, którego bohaterowie muszą się zmierzyć z groźbą spełnienia tajemniczej przepowiedni wypowiedzianej przed laty przez jeszcze bardziej tajemniczego żydowskiego kuglarza, posługującego się pseudonimem Marko Polo (!). Znane motywy (walka z przeznaczeniem, stary zamek, mroczna przepowiednia, teatr) autor zręcznie wymieszał i przedstawił w wielce wciągający sposób. Doceniam przede wszystkim gęsty, fatalistyczny klimat.

Wszyscy umilkli (...).
- Nie czytam losów pułku, panie pułkowniku. Widzę tylko, że w jesieni będzie pan nieboszczykiem.
Pułkownik śmiał się, ale wszyscy milczeli; słowo daję: mieliśmy wrażenie, jak gdyby pułkownik w tej chwili został przez los naznaczony. Wtedm ktoś rozmyślnie wybuchł głośnym śmiechem, inni poszli za jego przykładem i wśród wesołej wrzawy wróciliśmy do kasyna.


*

48. HERMAN MELVILLE - "Dzwonnica" (1855)
Państwowy Instytut Wydawniczy, (do przeczytania --> TUTAJ)

Stara dzwonnica. Ilustracja autorstwa Taggedzi.
(źródło: www.deviantart.com)

Mało znane opowiadanie Melville'a, porównywane do twórczości Edgara Allana Poego. Pewien włoski architekt nazwiskiem Bannadonna buduje dzwonnicę według własnego projektu. Jej rozmiary robią wrażenie, podobnie jak ogromny dzwon, odlany specjalnie na tę okazję. W dniu inauguracji dzwonnicy, na polankę za miastem udają się wszyscy mieszkańcy miasteczka na czele z burmistrzem. Punktualnie o godzinie 13:00 pierwszy raz miał zabrzmieć dzwon. Tymczasem mija 13:00, a dzwonnica nadal milczy...

Ciekawe rozwiązanie zagadki - przyznaję, że się nie spodziewałem. No i wiadomo - Melville to gwarant solidnego poziomu.

Na rozkaz burmistrza żołnierze wpadli do wieży; ustawiwszy straże, burmistrz (...) począł wspinać się po krętych schodach. W połowie drogi zatrzymali się, by nasłuchiwać. Cisza. Wspinając się szybciej, dotarli na szczyt dzwonnicy; na progu jednak stanęli jak wryci na widok spektaklu, który ujrzeli.

*

47. JERZY SOSNKOWSKI - "Szalona katedra" (1925)
Wydawnictwo Bibljoteki Dzieł Wyborowych, 
(do przeczytania --> TUTAJ)

Ilustracja do "Szalonej Katedry" autorstwa samego Sosnkowskiego.
(źródło: "Naokoło świata", 1925, nr 14, Śląska Biblioteka Cyfrowa)

Nowela poświęcona Zofii J., akcja toczy się na wiosnę 1950 roku w Rabce, gdzie jeden z bohaterów opowiada historię, która przydarzyła mu się przed laty w Amsterdamie. To historia o tym, jak przeznaczenie poprowadziło losy dwóch przyjaciół ze szkolnej ławy, Kafa (architekta) i Keata (inżyniera komunikacji). Miasto pustoszone było szalejącą epidemią cholery, jednak mimo to (a może właśnie dlatego) magistrat miejski zleca Kafowi budowę katedry. Początkowo, wszystko szło zgodnie z planem. Katedra rosła jak na drożdżach, a ludzie garnęli się do pracy nawet za darmo, chcąc się przysłużyć wielkiemu celowi.

Wkrótce zaczyna się dziać coś dziwnego. Spoglądając w górę, Keat i przyjaciele dostrzegają, że katedra wygląda jakoś inaczej. W swych górnych partiach jej wieża otoczona była dziwnymi żebrami, mostkami, zbudowanymi zapewne na polecenie Kafa.

Wieża, otoczona niemi, zdała się wyrywać z setki ramion, sięgających po ten smukły kształt, wczepiony w nią histerycznymi palcami, starającemi się ściągnąć ją w dół. (…) Żelazo-betonowe żebra w blasku, bijącym z dołu, wieczorem wyglądały jak żebra kościotrupa (…). Co to być miało?

Łamałem sobie głowę i nic wymyślić nie mogłem. A żebra rosły, zmieniły się potem w pierścienie, trójkąty, - w spirale, w jakiejś harmonji, - to prawda, - lecz harmonji wariackiej. Okropne podejrzenie spętało me myśli.

Symboliczne brzmienie dzwonu, arcyciekawy pomysł niesamowitej budowli, wyrastający pewnie z architektonicznych zainteresowań Sosnkowskiego, w tle cholera i miasto żywych trupów, tworzą podwaliny świetnej historii, spartaczonej nieco (chociażby przez imiona bohaterów), ale nie na tyle, by nie docenić bujnej fantazji autora. 


*

46. YOKO OGAWA - "Stara J." (1998)
Wydawnictwo Tajfuny,
(do przeczytania --> TUTAJ)

Ilustracja do opowiadania autorstwa użytkownika o pseudonimie CannedTalent.
(źródło: www.deviantart.com)

Pisarka wynajmuje mieszkanie z pięknym widokiem od starszej, samotnej wdowy, która mieszkała dokładnie naprzeciwko. Obie panie mogły się obserwować z okna. Przy bloku rósł eukaliptus, a Stara J. uprawiała także ogródek warzywny. Nie wiadomo, skąd ta typowa nieporadna staruszka, brała krzepę do opiekowania się ogródkiem. Jej dumą były unikatowe marchewki w kształcie ludzkiej dłoni… Wdowa niegdyś dorabiała sobie masażami. Skąd czerpała siłę? Co robiła nocą w sadzie? Jak zginął jej mąż? To pytania, które osaczają czytelnika w trakcie lektury i przykuwają do niej. Dobre opowiadanie, napisane lekkim, konkretnym, nieco reporterskim stylem, jak notka z gazety działkowca.

Wcześniej zgodnie z jej poleceniem położyłam się na brzuchu i wcisnęłam twarz w poduszkę. Nachyliła się nade mną, a wtedy wstąpiła w nią moc, o którą nigdy bym jej nie podejrzewała. Przygniotła mnie nią jak żelaznym pledem. Była tak silna, że zaczęłam się bać.

- Nie można tak ciągle siedzieć jak kołek. O, tu wszystko stwardniało w jedna gulę.

Wepchnęła mi kciuki w okolicach podstawy karku, wpijając opuszkę palca głęboko w plecy. Bolało, więc spróbowałam się przesunąć, ale nic z tego. Nie mogłam poruszyć żadną częścią ciała ani o milimetr.


*

45. DINO BUZZATI - "Tylko na to czekali" (1948)
Świat Literacki,
(do przeczytania --> TUTAJ)

Kadr z filmu "Grek Zorba" z 1965 roku w reżyserii Michaela Cacoyannisa pasował mi tutaj idealnie.
(źródło: profil facebookowy L' Angolo di Cynthia Collu)

Niepokojąca rzecz. Anna i Antonio, zmęczone podróżą małżeństwo, dociera do anonimowego miasta. Są wyczerpani, ich stopy opuchnięte. Jak na złość, w mieścinie panuje okropny skwar. Szukają noclegu, co wydaje się łatwym zadaniem. Dziwna sprawa: wszystkie hotele w mieście mają pełne obłożenie, chociaż w środku nie widać śladu życia – nie licząc śpiącego recepcjonisty. Aby wziąć kąpiel, należy ustawić się w olbrzymiej kolejce do miejskiej łaźni i okazać dokument tożsamości. Zmęczenie i nerwy dają znać o sobie, a wkrótce okazuje się, że ta uśpiona, leniwa mieścina skrywa coś niepokojącego, coś bardzo groźnego… Buzzati eskaluje napięcie z wirtuozerią godną prawdziwego mistrza. 

Inna kobieta, o lisiej twarzy, uniosła dłonie i potrząsnęła nimi.

- To fontanna dla dzieci – krzyknęła. – Rozumie pani? Dla dzieci!

Pozostałe odezwały się jak echo:

- Proszę wyjść z fontanny! Wyjść! Jest dla dzieci!

Słysząc okrzyki, Anna odwróciła się powtórnie, ale chyba nie zauważyła, jaki wyraz przybrały w kilka chwil twarze kobiet dookoła: były spocone, zaczerwienione, gniewne, z odpychającymi załamaniami w kącikach ust.


*

44. ARDENGO SOFFICI - "Szatan w pociągu" (1906)
Państwowy Instytut Wydawniczy,
(do przeczytania --> TUTAJ)

Sądząc po tym zdjęciu, Ardengo Soffici sam mógłby dorabiać w PKP jako szatan do wynajęcia. 
(źródło: profil facebookowy Einaudi Editore)

Hoho, jak ja lubię takie rzeczy! Soffici stawia pasażerów pociągu – i czytelnika - wobec niepokojącego dylematu. Oto w przedziale pełnym podróżnych pojawia się nagle niepozorny dżentelmen. Zagadywany przez podróżnych, uparcie milczy. Po przejechaniu jednej ze stacji odzywa się w końcu. Z szyderczym uśmiechem na twarzy ogłasza, że za pół godziny pociąg się roztrzaska. Pasażerowie początkowo nie dowierzają. Jednak im bliżej feralnej godziny, tym większy niepokój ich ogarnia… Klimatyczna rzecz.

Soffici postawił swych bohaterów w obliczu sytuacji krytycznej i wyszedł na tym bardzo dobrze.

W jednej chwili nieznajomy stał się innym człowiekiem: spodziewaliśmy się, że zaraz przemówi. Istotnie, kiedy stojąc w oknie zaciągnął się kilka razy, odwrócił się do nas i powiedział:

- A zatem, proszę państwa, naprawdę nikomu z was nie żal życia?

Jego słowa, zwrócone do wszystkich i do nikogo, zabrzmiały dziwnie jasno w otępiałym milczeniu jadącego wagonu.


*

43. EMILE ERCKMANN & ALEXANDRE CHATRIAN - "Niewidzialne oko" (1853)
C&T, 
 (do przeczytania --> TUTAJ)

Ilustracja do twórczości Erckmanna-Chatriana autorstwa Léona Benetta (rok 1867).
(źródło: Wikipedia)

W bardzo udanym zbiorku pt. „Niewidzialne oko” znajdziemy kilka wyśmienitych opowieści. Wybrałem tytułową. Mamy tutaj motyw, który uwielbiam, czyli pokój w tawernie – tzw. Zielona Alkowa - którego lokatorzy popełniają samobójstwo. Ale po kolei. Biedny malarz wynajmuje poddasze starego domu w Norymberdze. Tuż obok znajdowała się popularna gospoda „Pod Tłustym Bykiem”. Po drugiej stronie ulicy stał budynek ozdobiony dokładnie w ten sam sposób, co karczma. Mieszkała w nim samotna starowinka. Gdy w tawernie dochodzi do kilku wypadków samobójczych, Christian przez obluzowaną dachówkę zaczyna obserwować dom starowiny. Wkrótce dochodzi do przerażających wniosków…

Aż nie do wiary, że ta, napisana z wielkim kunsztem, opowieść powstała ponad 170 lat temu! Brak tu archaizmów, romantycznych naleciałości, język jest konkretny, a fabuła trzyma w napięciu. Do tego mamy bardzo oryginalny pomysł: sobowtóra, ale nie w formie identycznych ludzi, lecz budynków.

Moją uwagę zawsze przykuwała twarz starowiny: jej małe zielone oczka, kościsty, zadarty nos, jej wielka kwiecista chusta (…). Pewnego dnia, gdy wyszedłem na ulicę, żeby się jej przyjrzeć, obróciła się gwałtownie i obrzuciła mnie spojrzeniem tak okropnym, że nie wiem, jak je opisać; patrząc na mnie, zrobiła trzy czy cztery potworne miny, po czym spuściła z powrotem trzęsącą się głowę, otuliła się wielką chustą, której końce wlokły się za nią po ziemi, powoli weszła za masywne drzwi i zniknęła.


*

42. CECIL BØDKER - "Drzwi do Døven" (1961)
Wydawnictwo Poznańskie,
(do przeczytania --> TUTAJ)

Tomik opowiadań Bødker, z którego pochodzi wyróżnione opowiadanie.
(źródło: www.dba.dk)

Młody chłopak imieniem Christofer jest nieustannie poniżany, prześladowany i bity przez grupkę okolicznych wyrostków. Jedna z tych gorzkich scen ma miejsce tuż przed owianym złym sławą domu. Domu, w którym zawsze drzwi są otwarte, ale nigdy nie pali się w nim światło. Ze środka zawsze uchodziła wąska smużka dymu. Mrok spowijał wejście i nikt nie wiedział, co znajduje się za progiem. W domu podobno mieszkała niejaka Døven. Nikt jej nie widział, ale każdy się jej bał. Ów złowróżbny zapach nietykalności unoszący się nad progiem domostwa staje się świadkiem - a może przyczyną? – przemiany Christofera… Absolutna perełeczka, magiczne, tajemnicze opowiadanie. Pochodzi ono z tomu opowiadań pt. Øjet (Oko), który przyniósł rozgłos Cecil Bødker. To opowiadania z silnymi akcentami niesamowitymi i demonicznymi – chętnie przeczytałbym je w polskim przekładzie.

Uświadomił sobie, że czarna, wysysająca czeluść za drzwiami do Døven jest teraz bardzo blisko, wrażenie było tak mocne, że poczuł zimno. Skóra na nim ścierpła. Nikt dobrze nie wiedział, co Døven robi w tych ciemnościach, bo przecież musiało być u niej zupełnie ciemno, skoro wisiało coś na oknie. Mimo, że drzwi były otwarte. Musiała w tym kryć się jakaś tajemnica, bo ludzie ściszali głosy, gdy mówili o Døven.


*

41. JAROSŁAW IWASZKIEWICZ - "Kościół w Skaryszewie" (1968)
Iskry, 
(do przeczytania --> TUTAJ)

Kościół św. Jakuba w Skaryszewie.
(źródło: Wikipedia)

Nie jest to typowe opowiadanie grozy, choć zawiera wyraźne elementy niesamowite. Smaczku całej historii dodaje fakt, że Skaryszew wraz ze swoim kościółkiem istnieją naprawdę. Wikary Konrad R. zostawił pewnego dnia otwarte drzwi kościoła. Do świątyni wchodzi tajemniczy młodzian, zwany Rysiem. Prosi księdza o spowiedź, ponieważ przybył do Skaryszewa, aby wykonać wyrok śmierci na jednym z mieszkańców. Zaskoczony ksiądz zaczyna dopytywać o kogo chodzi, cała sprawa nie daje mu spokoju… Wkrótce stanie przed poważnym dylematem. I chyba te ludzkie rozterki przerażają u Iwaszkiewicza najbardziej.

I ksiądz posunął się nagle w ławce i sięgnął pod pelerynę Rysia. Natrafił na jego dłoń zimną i rozwartą. Uderzyło go to, że wyczuł na tej dłoni zbyt długie paznokcie, coś jak pazury lwa czy orła. Cofnął się szybko.


***

Za tydzień kolejna część i miejsca 40-31, gdzie zacznie się prawdziwa zabawa. 



MIGUEL OTERO SILVA - Śmierć Honoria [recenzja #130]

 


Niespodzianka prosto z Wenezueli.

***

LUIGI PIRANDELLO - Koń na księżycu [recenzja #129]

 


Solidność z okazjonalnym błyskiem.

***

PRIMO LEVI - Najlepsza jest woda [recenzja #128]

 


Woda jest dobra na wszystko.

***

Copyright © MILCZENIE LITER