[POLSKIE NIESAMOWITOŚCI #05], Stanisław Baliński - Talizmany i wróżby

 


Słabo, nudno i niegroźnie.

***


📕 WYDAWNICTWO: Polska Fundacja Kulturalna w Londynie
🕒 ROK WYDANIA: 1965
📖 ILOŚĆ STRON: 162

OCENA:    

   

Groza: 0/3

Fantastyka: 1/3

Baliński był jednym z moich najgorętszych zachwytów i odkryć podczas lektury Opowieści niesamowitych z języka polskiego (recenzja TUTAJ).

I od tej pory zaczął mnie prześladować.

Jakimś tajemnym zrządzeniem losu, jakby wyczuwając moje zainteresowanie gdzieś tam w innym świecie, jął mi się Baliński objawiać w najmniej spodziewanych momentach. A to jego fotoreportaż z Brazylii wyskoczył nagle ze starego czasopisma, w którym szukałem zupełnie czegoś innego. A to w książce o jednym z warszawskich hoteli użyto jego wiersza jako kontrapunktu między rozdziałami. I tak dalej…

Aurę ekscytacji podsycał fakt, iż jedyne dwa zbiory opowiadań Balińskiego to istne białe kruki, których na próżno szukać w większości bibliotek, a co dopiero w antykwariatach czy serwisach aukcyjnych.

Co się działo dalej? Ta historia musiała się skończyć właśnie tak: w moje ręce, niespodziewanie, wpadł drugi ze zbiorów, wydany w 1965 roku nakładem Polskiej Fundacji Kulturalnej w Londynie, Talizmany i wróżby.

Grozy tu – niestety - jak na lekarstwo, pojawiają się natomiast akcenty fantastyczne, szczególnie w Walcu Kreislera i Ogrodzie księżyców. Autor musiał przejawiać jakąś fascynację naturalnym satelitą ziemi; pierwszy z jego zbiorów opowieści nosił wszak tytuł Miasto księżyców.

Karta tytułowa.
(źródło: Milczenie Liter)

Zawarte w zbiorze historie (a jest ich 11) pochodzą z różnych światów i można by je śmiało podzielić na trzy grupy: grupę przyrodniczą, reportażową i fantastyczną. Do pierwszej kategorii zaliczyłbym trzy opowiadania: Tak odlatują ptaki, Melancholia zwierząt oraz Samotność starych parków. Wszystkie z nich łączy drugoplanowa postać leśniczego Włodkowskiego, który oprowadza narratora po lesie, towarzyszy mu podczas polowania i wspomina zmarłego stryja. Opowiadania te, pisane w pierwszej osobie, stylizowane są na zapis relacji narratora, niewykluczone zresztą, że faktycznie wydarzyły się one w życiu Balińskiego.

Jak odlatują ptaki to zresztą najsłabsza rzecz w całym zbiorze, całkowite nieporozumienie: cała fabuła sprowadzana się do tego, że bohater wchodzi do lasu, siada na kamieniu i obserwuje stado żurawi.

Druga grupa to nowele reportażowe, jak je sobie nazwałem. Także pisane w pierwszej osobie, jak np. Skrzypce, Śmiejący się budda czy Godzina której nie było. Akcja tychże powiastek dzieje się w przeróżnych zakątkach globu, m.in. w Chinach czy Londynie. Nie wiem na ile jest to zapis prawdziwych przeżyć Balińskiego, na ile zbeletryzowana fikcja, ale faktem jest, że autor zbiorku podróżował po całym świecie: przebywał kilka lat w Chinach, był także pracownikiem polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych w Londynie. Przewijają się tutaj bardzo subtelne ślady fantastyki, jak np. wpływ na otoczenie śmiejącego się Buddy. Nowelka ta ma bardzo podobny przebieg do Godziny której nie było – w obu przypadkach oś fabuły zasadza się na przedmiocie, który wędruje z rąk do rąk i niekoniecznie jest mile widzianym prezentem. Muszę ze smutkiem skonstatować, że Godzina… jest tak przewidywalna jak konsystencja budyniu.

Tygodnik Illustrowany, nr 22 z 1925 r.
(źródło: Milczenie Liter - zbiory własne)

Trzeci zbiór – najbardziej dla mnie interesujący – to opowieści fantastyczne. Fantastyczne, bo grozy tutaj za wiele nie ma; jej śladowe ilości pojawiają się tylko w Schodach – ale do tego jeszcze wrócę. Mamy więc Walc Kreislera, gdzie tytułowy kawaler wracając do domu, przez kilka wieczorów z rzędu, spotyka w oknie jednej z ulic tajemniczą kobietę (do zapomnienia), a także Ogród księżyców o księżycowych eksperymentach doktora Fantoma-Allana i dziwnych zmianach jakie zachodzą u mieszkańców miasteczka Billing. Niestety, czytelnika spotka tutaj kolejny zawód, nowelka brzydko się zestarzała i razi infantylizmem.

I wreszcie: Schody. Bez dwóch zdań najlepsze opowiadanie całego zbioru. Jego bohater przed wyjazdem w dalekie strony postanawia odwiedzić dawno niewidzianego kolegę z lat szkolnych.

Nie był u niego tak dawno. Nie pamiętał nawet numeru mieszkania. Ale było to mieszkanie gdzieś wysoko, na nie wiedzieć którym piętrze i do tego bez windy. Dozorca zapalił światło na schodach. Zaczynało się zmierzchać.

- Nieprzyjemna kamienica – myślał wchodząc. – Nawet nie kamienica, a wieża… co za okropne schody! A te okna! – Dziwił się pnąc się w górę. – Wąskie i prawie niewidoczne. Co za pomysł, żeby je umieszczać tak wysoko, pod samymi prawie sufitami każdego półpiętra. Kaprys architekta, czy też niezrozumiała kalkulacja budowniczego?

Nie będę zdradzać dalszego ciągu, ale ta zacna miniaturka zgrabnie nawiązuje do modnej obecnie stylistyki weird fiction. Wbija się w tętnice czytelnika i konsekwentnie wsącza w jego krwiobieg solidną dawkę niepokoju. Schody śmiało mogłyby się znaleźć w zbiorze opowiadań Guni czy Ligottiego, nie zaniżając ani trochę ich poziomu.

Jeszcze słowo o oprawie graficznej – książkę zdobią całkiem ciekawe, minimalistyczne, symboliczne ilustracje Danuty Laskowskiej.

Podsumowując: jestem zawiedziony, cholernie zawiedziony.

Ilustracja Danuty Laskowskiej do opowiadania pt. Schody.
(źródło: Milczenie Liter)

Baliński jakby uległ niekontrolowanej reakcji chemicznej, która wytrąciła z jego atomów zamiłowanie do tajemnicy i niesamowitości. Jest jej mało – zdecydowanie za mało. To powoduje, że mimowolnie chwytałem się każdej drobnostki odbiegającej nieco od normy, jak np. sceny z Przemarszu, gdy spojrzenie narratora krzyżuje się z bladą twarzą, która wykwitła nagle w oknie i zza firanki lustrowała ulicę. Przecież ma Baliński talent, co udowodnił chociażby Schodami czy wcześniej Końcem rodziny Jasnych. Potrafi wyczarować niesamowity klimat, potrafi przykuć czytelnika do książki. Nie potrafię znaleźć odpowiedzi na pytanie, dlaczego robi to tak rzadko.

Zamiast więc dojrzałego opus magnum od świadomego artysty (w momencie wydania Talizmanów… Baliński miał 67 lat) otrzymujemy chaotyczny zbiór dykteryjek, zebranych naprędce z szuflady i wrzuconych do jednego wora na potrzeby wydania.

No c’mon, panie Baliński… 

Komentarze

  1. Cześć, jeśli chodzi o opowiadania grozy Balińskiego, zgadzam się, że najlepsze są "Schody". Bardzo typowe ale niepozbawione uroku jest "Lustro" z Miasta księżyców, moje duże nadzieje rozbudził też trochę przegadany ale ciekawy "Zabity przez lustra" – jest dostępny w internecie, był publikowany w "Wiadomościach Literackich" („Wiadomości Literackie” z 1924 roku, numery 1–5, w każdym na stronie 2).
    Dzięki za ciekawy wpis i odkopanie zapomnianego twórcy!

    OdpowiedzUsuń
  2. Cześć. Dzięki za polecajkę - nie słyszałem wcześniej o "Zabitym przez lustra". Internet mówi, że Baliński bardzo sobie cenił ten tekst. Jestem niezmiernie ciekawy! Będzie czytane i to jeszcze dzisiaj :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Przeczytałem. Nieco egzaltowane, "Schodom" nie dorównuje, ale bez wątpienia niezłe. Ciekawy pomysł z tymi lustrami! Podaję linka, gdyby ktoś też chciał przeczytać (pierwszych pięć numerów, strona 2, jak podano w pierwszym komentarzu):
    http://mbc.malopolska.pl/dlibra/publication/61663?tab=1

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Jeśli recenzja lub książka wzbudziła w Tobie jakiekolwiek emocje - nie wahaj się, SKOMENTUJ :)

Copyright © MILCZENIE LITER