WALTER DE LA MARE - Quincunx i inne opowiadania [recenzja #111]

 


Siedem opowiadań, z czego dwa rewelacyjne.

***


📕 WYDAWNICTWO: Wydawnictwo Literackie
🕒 ROK WYDANIA: 1980
📖 ILOŚĆ STRON:  242


                    OCENA:                      

               
 
 

Skandalicznie niska ocena tego zbiorku na LubimyCzytać.pl jest dla mnie kompletnie niezrozumiała. W kategoriach skandalu należy także rozpatrywać fakt, iż żaden z polskich wydawców nie podjął się jak dotąd wydania większych fragmentów twórczości niesamowitej Waltera de la Mare. A przecież jest ona całkiem spora i liczy sobie co najmniej pięć zbiorów opowieści.

Wydawnictwo Literackie zebrało drobny ułamek spuścizny angielskiego pisarza: do rąk dostajemy zaledwie siedem opowieści. Dwie z nich to prawdziwe petardy. Mowa tu o „Ciotce Seatona” i „Katedrze Wszystkich Świętych”.

„Ciotka Seatona” to pełnokrwista, staroświecka (w dobrym tego słowa znaczeniu) opowieść grozy. Poznajemy historię tytułowego Seatona – dziwnego chłopaka, który miał w sobie coś odrażającego i obcego. I nie chodziło tylko o jego żółtawą skórę i obojętne, wyłupiaste oczy… Z racji na swą odmienność i krążące wśród równieśników opowieści o rzekomo jeszcze dziwniejszej ciotce, był nielubiany, wyśmiewany, a w najlepszym razie ignorowany przez kolegów. Udaje mu się jednak nawiązać namiastkę kontaktu z jednym z nich. Withers, bo tak się zwał ów pechowiec, nieopatrznie obiecuje odwiedzić wyrzutka w któryś wolny dzień. Gdy w przerwie międzysemestralnej Seaton przypomina o złożonej obietnicy, Withers niechętnie przyjeżdża do wiejskiej posiadłości Seatonów. Wreszcie będzie miał okazję zobaczyć i poznać słynną ciotkę!

Ciotkę jego ujrzałem pierwszy raz, gdy na dochodzący z dala głos gongu wyruszyliśmy głodni i spragnieni do jadalni na obiad. Właśnie dochodziliśmy do domu, gdy nagle Seaton przystanął. Zdaje się, że szarpnął mnie wtedy za rękaw. W każdym razie coś sprawiło, że cofnąłem się, kiedy Seaton powiedział: „Uważaj, to ona!”.

Starsza dama – tytułowa ciotka – potrafi przerazić do szpiku kości. Nie swymi czynami, lecz tym, czego nie robi. Autor postawił na znaną i sprawdzoną taktykę niedopowiedzeń. De La Mare genialnie to sobie wymyślił – ani razu nie wskazuje jednoznacznie na ciotkę jako prowodyra jakichkolwiek niepokojących działań. Uwypukla jedynie pewne jej cechy i zachowania. Daje szkic, a resztę rysunku wykonać ma sam czytelnik i jego wyobraźnia.

Ten zabieg świetnie się sprawdził, a demoniczna postać ciotki to jeden z lepiej namalowanych portretów we współczesnej literaturze niesamowitej.  Nie przesadzam.

„Katedra Wszystkich Świętych” to zupełnie inna para kaloszy, chociaż ma jeden mianownik wspólny: wszechobecną atmosferę zagrożenia. W obu przypadkach klimat jest gęsty jak sos w szkolnej stołówce. W „Katedrze” nie ma praktycznie żadnej akcji, ani jednoznacznie niepokojącej postaci. Głównym bohaterem jest tytułowa katedra. Znajduje się nad brzegiem morza, u stóp zielonej skarpy, z dala od skupisk ludzkich.

O tej popołudniowej porze ogromny kościół niemal wyczarowywał w nas wiarę, że posiada swoje własne życie. Stał przycupnięty w naturalnym wgłębieniu zatoki jak skamieniały potwór odpoczywający pod ciemnym sklepieniem nieba, gotowy w każdej chwili poruszyć się i obudzić z omdlenia, w którym zastygł dotknięty różdżką czarodziejską.

Utrudzony podróżny dostaje się bocznym wejściem do katedry, zamkniętej już o tej porze dla turystów. Natychmiast osacza go chłód i półmrok wiekowego budynku.

Równocześnie owładnęło mną uczucie przerażenia i konsternacji wobec otoczenia, z którego zniknęły spokój i cisza, ustępując miejsca ponuremu uczuciu zagrożenia – zdałem sobie sprawę, że nie jestem sam.

Niedługo po tym poznaje historię katedry oraz problemy, które ją dręczą obecnie. Okazuje się, że wiekowy budynek wystawiony jest na ataki szczególnej i przerażającej natury…

Czy zdaje pan sobie sprawę, że jesteśmy w tej chwili oddaleni o przeszło milę od najbliższego osiedla ludzkiego, a są nim nie dopalone zgliszcza jakiegoś gospodarstwa? Ręczę, że gdyby został pan na noc w katedrze (co Boże broń!) – choć groziło to panu – ręczę, że mógłby pan wołać i krzyczeć z okna, jeśli by pan do niego dosięgnął, aż do utraty głosu, a nie byłoby żywej duszy, która pana mogłaby usłyszeć i przyjść z pomocą…

Wkrótce przekonujemy się, że w katedrze faktycznie coś jest n i e   t a k. Mimo miałkiego zakończenia, opowiadanie momentami wbija w fotel. Nigdy nie myślałem, że stagnacja i brak akcji mogą wzbudzać tyle niepokoju.

Warto dodać, że inspiracją dla de la Mare’a była katedra św. Dawida położona w najmniejszym mieście Wielkiej Brytanii – St David’s. Ta walijska mieścina była rzekomym miejscem narodzin św. Dawida.   A sama katedra (ta prawdziwa) robi wrażenie – wybudowana w XII wieku, usytuowana w zapadlinie, do której prowadzi kilkadziesiąt schodów. Wschodnie i zachodnie końce budynku różnią się wysokością o 4 metry, a fundamenty, choć solidne, wciąż się przesuwają. Ta historia mogła zainspirować de la Marego.

Inspiracja de la Marego - katedra św. Dawida.
(źródło: Wikipedia)

Podobać się może także „Crewe”, trzecia z perełek. Opustoszała stacja kolejowa w Crewe, wieczór. Ostatni pasażer. Bez zdradzania zbyt wiele z fabuły powiem tylko, że de la Mare uczynił ze stacji tylko pretekst do poznania innej historii – historii, dodajmy, niezmiernie intrygującej. Oczywiście z nieodłącznym dreszczem grozy.

Kiedy w zimie ponury mrok zapada na stacji w Crewe, poczekalnię pierwszej klasy obejmuje rosnąca z każdą chwilą martwota. Szczególnie, jeśli się jest jedynym pasażerem czekającym w niej. Długie zabrudzone okna ledwie przepuszczają zanikające światło, które ukośnie wsącza się w nie ze szklanego dachu na zewnątrz, a więc zbyt skąpe jest, by dotrzeć do niżej położonych pomieszczeń.

Chciałem pójść do baru umilić sobie czas gwarem, (…) gdy nagle powstrzymał mnie, przerywając ciszę, jakiś głos z głębi mrocznej poczekalni. Głos był niezwykły: szybki, nieskładny, jakby ktoś mamrotał coś do siebie, niczym człowiek we śnie lub pod wpływem narkotyku.

Wtedy, panie, zauważyłem, że dzieje się coś niezwykłego. Zaczęło się od samej tylko ciszy. Wziąłem to zrazu za zwykły spokój, kontrast z poprzednimi awanturami. Potem okazało się, że się pomyliłem. Podczas zajęć domowych wciąż czuło się jakieś napięcie, a szczególnie po zmroku. Może to było tylko w głowie, w umyśle – nie umiem powiedzieć, ale trwało bez ustanku.

Stacja kolejowa w Crewe około roku 1900.
(źródło: Wikipedia)

Tytułowy „Quincunx” to dość typowa staroświecka opowieść grozy: przyzwoita, ale generalnie do zapomnienia. Najciekawszy w niej jest tytuł. (kwinkuns = pięcioelementowy model geometryczny, gdzie cztery elementy znajdują się w rogach, a piąty w środku – tak jak np. piątka na kości do gry, czy piątka kier w kartach). Co ciekawe, to kolejne opowiadanie w którym pojawia się „zła ciocia”.  Czyżby wiązało się to z jakimś przeżyciem z dzieciństwa pana Waltera?

Wracając do opowiadania. Pewnego deszczowego wieczoru, do domu głównego bohatera ktoś puka. Gościem okazuje się brat jego przyjaciela, niejaki Walter Beverley. Beverley sprawia wrażenie rozbitego psychicznie człowieka; mamrocze, że potrzebuje pomocy, nieskładnie prosi i spędzenie z nim nocy w domu, który odziedziczył po zmarłej niedawno ciotce. Ruszają więc we dwójkę do starego domostwa, gdzie wyczerpany Beverley natychmiast kładzie się spać, a nasz bohater zasiada na czatach.

W domu panowała zupełna cisza. Zjadłem kolację, znów przemyślałem całą sprawę i podczas rozmyślań zasnąłem. Obudziłem się drżąc z zimna. Od razu wstałem, zamknąłem drzwi od jadalnego – miałem przed sobą drzwi od tego pokoju. Wychodząc po schodkach na górę, jeszcze z ręką na poręczy, spostrzegłem po cieniu, jakie rzucały, że te drzwi, które zamknąłem, były na oścież otwarte, a byłem pewien, że je zamknąłem!

„Księżniczka” jakby rodem wyjęta z bajek (pasowałaby bardziej do zbioru bajek de la Marego pt. „Piękna Berenika” – recenzja TUTAJ), zaś „Trąbka”, mimo peanów pochwalnych w posłowiu autorstwa Janiny Mroczkowskiej, nie trafiła do mnie (dodatkowo, posłowie zawiera sympatyczny, kilkustronicowy rys biograficzny Waltera de la Mare).

Oto i on... spis treści!
(fot. Milczenie Liter)

Przy okazji „Trąbki” warto zwrócić uwagę na zmianę środka ciężkości, do którego dochodzi w tym opowiadaniu. Nie ma w nim żadnych dorosłych. De la Mare bohaterami uczynił dzieci – dwóch chłopaków, którzy się jednocześnie przyjaźnią i nie znoszą. Z psychologicznego punktu widzenia, brytyjski pisarz odwalił kawał dobrej roboty, pokazując skomplikowaną tkankę emocjonalną młodzieńców, gdzie pogarda miesza się z zazdrością, a uwielbienie z odrazą. Fabuła jest prosta: Filip i Dick umawiają się na potajemne spotkanie w okolicznym opuszczonym kościele. W mroku nocy i świetle księżyca oglądają kościelne rzeźby, niezwykle sugestywne. W końcu Filip prowokuje Dicka, by wspiął się na figurę anioła i dotknął drewnianej trąbki, którą trzyma w rękach cherubin. Smaczku dodaje fakt, że z wyglądu Dick sam przypominał cherubina. Chłopak przyjmuje wyzwanie i rozpoczyna tyleż mozolną, co niebezpieczną wspinaczkę…

„Zaginiona” zaczyna się nieźle. Londyn, środek dnia, potworny upał. Główny bohater postanawia przycupnąć w okolicznej herbaciarni. Jego uwagę przykuwa dziwny osobnik przy sąsiednim stoliku.

Na przykład te uszy i krawat! Nozdrza z wymuskanym wąsikiem i błysk w blisko osadzonych oczach? Dlaczego przypominał mi solidnie spakowany i mocno związany pakiet, ale bez żadnego adresu? Zaczynało mi to ciążyć, dokuczać, a przecież nie mogłem powstrzymać się, by nań nie patrzeć i nie obserwować jego rąk. Były silne i kosmate, z dużymi kostkami (…).

I znów – podobnie jak w „Crewe” – pierwotnie odmalowane miejsce akcji staje się pretekstem i tłem do opowiedzenia zupełnie innej historii. Historii bardziej kryminalnej niż niesamowitej, momentami nudnawej i pozbawionej iskry.

De La Mare, choć nie stroni od klisz (demoniczne obrazy),  regularnie nasącza swe opowiadania nietuzinkowymi pomysłami. Ich wyziewy potrafią przyprawić o ciarki na plecach.

Nie dba o to, by doprowadzić swoje historie do mocnej puenty i zaskakujących zwrotów akcji. To są historie, które się dzieją, a potem po prostu kończą i rozmywają niepostrzeżenie. Ma to swoje zalety.

Walter de la Mare.
(źródło: www.shows.acast.com)

Sądzę, że de la Mare nie obraziłby się na termin „horror psychologiczny”. Termin ma swe uzasadnienie: Brytyjczyk nie skupia się tylko na opisywaniu wydarzeń i otoczenia. Celowo zbacza z tej ścieżki i wchodzi do środka postaci, które sam stworzył.  Poznajemy emocje, motywacje, sprzeczne nieraz uczucia bohaterów. To, w połączeniu ze świetnym warsztatem literackim autora powoduje, że lektura jego opowiadań to fascynująca podróż w nieznane.

Ocena: mocna siódemka. A gdyby wyrzucić „Księżniczkę” i zamienić taką na przykład „Zaginioną” na coś lepszego, byłoby jeszcze wyżej.

Każdy miłośnik niesamowitości powinien przeczytać „Ciotkę Seatona” i „Katedrę wszystkich świętych”, i już dla tych dwóch opowieści warto zaopatrzyć się w zbiorek de la Marego, wyceniany w internetowych aukcjach na zaledwie kilka złotych.

Na koniec raz jeszcze katedra św. Dawida - tym razem wnętrze.
(źródło: www.atgof.cymru)

Komentarze

Copyright © MILCZENIE LITER