ADAM WIŚNIEWSKI-SNERG - Robot [recenzja #167]

 


Za kulisami rzeczywistości.

***


📕 WYDAWNICTWO: ArtRage
🕒 ROK WYDANIA: 2025
📖 ILOŚĆ STRON:  436


                    OCENA:                      

               
 

Pierwsza moja recenzja po miesiącach literackiej posuchy przypadła na zapomniane dziełko polskiego science-fiction, w którym bardziej cybernetycznie brzmi nazwisko autora, niż sam tytuł.

Snerg nie jest oczywiście prawdziwym nazwiskiem; to produkt uboczny kreatywnej wyobraźni Wiśniewskiego, który tym sprytnym zabiegiem chciał się wyróżnić wśród tłumu innych Wiśniewskich. A że tłumowi innych Wiśniewskich tejże kreatywności zabrakło, sztubacka zagrywka przyniosła spodziewany efekt. Mimo, że od premiery książki minęło ponad 50 lat, na okładkach kolejnych wydań wciąż widnieje przydomek Snerg.  Cóż on takiego oznacza? "To proste, SnErg to suma energii, tak się to oznacza w fizyce" - tłumaczył sam Wiśniewski.


Już po tym jednym przykładzie widać, że Adam Wiśniewski to postać wymykająca się schematom i zasługująca na porządne, biograficzne opracowanie. W sieci znaleźć można kilka biograficznych zaczynów, które jednak bardziej pozostawiają uczucie niedosytu, niż zaspokajają głód.

W 1990 roku wydał własnym sumptem Jednolitą teorię czasoprzestrzeni. To kilkudziesięciostronicowy manifest naukowy o tragicznym wydźwięku. Teoria, nad którą pracował całe życie. Podważa ona założenia Einsteina i jest zarazem niemym krzykiem twórcy, któremu nie dane było podjąć studiów, twórcy ignorowanego i wyrzuconego gdzieś na społeczne pobocze. Pięć lat później Adam Wiśniewski-Snerg popełnił samobójstwo, wieszając się w przedpokoju swojego domu przy ulicy Dusznickiej w Warszawie. 

Jedno z niewielu dostępnych publicznie zdjęć Snerga.
(źródło: www.arsenal.pl)

Robot to pierwsza powieść w jego dorobku. Ukazała się w 1973 roku i bez wątpienia wyprzedzała swoje czasy. Co ciekawe, autor nie miał nawet matury, a mimo to jego zaawansowane fizyczne teorie trudno było obalić nawet wykształconym naukowcom.

Poznajemy historię androida BER-66, stworzonego na podobieństwo człowieka przez tajemniczy, wszechwładny Mechanizm. Tytułowy robot zostaje wysłany na ziemię, by obserwować i zbierać informacje o ludziach. Jest on żywą maszyną, sterowaną na odległość i obdarzoną imitacją wolnej woli:

Znaczy to, że zamiast dawać ci każde następne polecenie dopiero wówczas, kiedy poprzednie zostanie już przez ciebie wykonane, będziemy przesyłali pod twoim adresem kilka lub nawet kilkanaście rozkazów naraz. (…) Na ogół w polu twojej świadomości pojawiać się będą rozkazy wyraźnie sprzeczne. Taki układ zmagających się ze sobą sił psychicznych (…) nazywa się wahaniem, fakt zaś, że prawie zawsze dokonywać będziesz wyboru jednej z co najmniej dwu możliwości, nosi nazwę wolnej woli. 

Pod przykrywką fizyka Neta Porejry dostaje się do schronu, w którym garstka szczęśliwców schowała się przed globalną katastrofą. Co krok napotyka na kolejną zagadkę. Czy w jego pokoju ktoś mieszka? Dlaczego w jednym z pomieszczeń znajdują się ciężkie, tajemnicze posągi? Dlaczego wszyscy udają, że nic się nie stało? W kafkowskich próbach dialogu odkrywa, że nikt nie potrafi udzielić odpowiedzi na jego proste, zdawałoby się, pytania. Na dodatek kobieta, której pomógł przed wejściem do schronu – Ina – zdaje się go nie poznawać. Jakby tego było mało, pojęcia czasu i przestrzeni są wykoślawione i bardziej przypominają obrazy Mauritsa Eschera, czy muzyczne dysharmonie Aphex Twina, niż linearne kanony, do których przywykliśmy. W niektórych miejscach czas płynie kilkaset razy wolniej, a grawitacja nie trzyma tak mocno. Także, dzieje się dużo.

Nad całością unosi się co jakiś czas dramatyczne pytanie narratora: kim jestem? Człowiekiem, czy robotem?

I chociaż książka Snerga przedstawiana jest przez wydawcę jako „mistrzowska powieść science fiction” – czemu trudno się w sumie dziwić - ma kilka poważnych usterek. 

Niespodzianka! Pod obwolutą "Robota" kryje się taka słitaśna okładka z serduszkiem, w sam raz na Walentynki.
(fot. Milczenie Liter)

Największą z nich jest chorobliwe mądrzenie się. Snerg był samoukiem i nie posiadał stopnia naukowego, choć bardzo interesował się naukami ścisłymi, a w szczególności fizyką. Umyślił sobie, że użyje książek jako przenośników własnych teorii. I tu pojawia się problem, ponieważ w wielu momentach nie potrafi zachować równowagi. Niektóre rozdziały przypominają stereotypowy akademicki wykład: nie dzieje się nic ciekawego, jest za to nudno, rozwlekle i niekoniecznie zrozumiale. Oczywiście dla laika w dziedzinie nauk fizycznych, którym bez wątpienia jestem.

Nieprzypadkowo więc kulminacyjnym wydarzeniem Robota nie jest śmierć, ucieczka, przełomowe wydarzenie czy fabularny twist. Jest nim… dialog. Tak, dobrze czytacie. Długa rozmowa narratora i Raniela, poruszająca całe spektrum poważnych tematów, od ewolucji człowieka, przez ideały konkurencji ekonomicznej, elementarne potrzeby człowieka, po socjalizm i komunizm.

Według Snerga nie znajdujemy się wcale na szczycie łańcucha pokarmowego. Tak jak wiele istot niższego rzędu jest pod nami, tak samo byty bardziej rozwinięte znajdują się wyżej od nas. Byty te Wiśniewski nazwał Nadistotami. 

W czeluściach tego ciężkostrawnego dyskursu znaleźć można kilka bardzo ciekawych spostrzeżeń, jak chociażby to: 

W dziedzinie konsumpcji rzeczy nic nie jest w stanie zadowolić ostatecznie człowieka ani zatkać jego przepastnych trzewi: wrota tak zwanych elementarnych potrzeb rozciągają się stąd do nieskończoności.

Dyskusja ta ciągnie się przez prawie 30 stron i zajmuje cały przedostatni rozdział książki.

Nie chcę czegoś takiego czytać w książce, bądź co bądź, rozrywkowej. Na ten sam wirus gadulstwa cierpiał Lem.

Wbrew współczesnym trendom, im bliżej końca, tym bardziej uspokaja się akcja. Być może taka konstrukcja książki wynika z jakiegoś tajemnego algorytmu, znanego tylko samemu Wiśniewskiemu, lecz z punktu widzenia czytelnika zabieg ten jest nietrafiony. O ile pierwszą połowę Robota konsumowałem z wypiekami na twarzy, siorbiąc i mlaszcząc, druga była (momentami) poobiednią drzemką.

Wreszcie – naukowe wstawki. Próg wejścia niektórych rozdziałów ustawiony jest naprawdę wysoko i bez wiedzy chemiczno-fizycznej nie zrozumiemy wyjaśnień narratora/Snerga. A przynajmniej ja miałem z tym problem.

A propos Lema – nie da się uciec od porównań. Nie wiem, na ile reprezentatywnym dla skromnej twórczości Snerga jest Robot (pozostałych jego książek nie czytałem), ale z pewnością brakuje mu luzu i poczucia humoru Lema. Snerg jest poważny, naukowy i w ogóle się nie uśmiecha. 

Spis treści, na szczęście nie w kształcie serduszka.
(fot. Milczenie Liter)

Podobnie jak Lem, potrafił stworzyć wielowątkową, głęboką powieść i nasycić ją filozoficznym niepokojem. Podstawowe pytania, które ludzkość stawia sobie od zawsze, nurtują obu wizjonerów. I również obaj cierpią na ten sam grzech krasomówstwa, stąd i u Lema, i u Snerga liczne przerywniki naukowe, historyczne i filozoficzne, zazwyczaj za długie i psujące ze skutkiem natychmiastowym tak misternie budowane wcześniej napięcie.

Podobno Lem nie chciał dopuścić do publikacji Robota, ale nie wiem, na ile to prawda. 

Jakoś tak wyszło, że awanturniczo zacząłem tę recenzję, skupiając się na wadach. Na szczęście zalet jest więcej i przesłaniają większość usterek Robota.

Już od samego początku lektury uderzyła mnie w oczy niepewność. Nie wiemy prawie niczego: czy główny bohater naprawdę jest robotem, czy faktycznie steruje im Mechanizm? A ludzie w schronie – to prawdziwi ludzie? Czy schron znajduje się na ziemi (planecie), pod ziemią, czy może został od niej oderwany? Kto jest kim, a co jest czym? Nie miałem się czego złapać, każdy fundament po dotknięciu rozsypywał się w proch. Ale to właśnie rozbudzało ciekawość i kazało pochłaniać kolejną stronę. Czyżbym pozostawał pod wpływem Mechanizmu?

Znów zobaczyłem człowieka. Zanim się odezwał, podniósł na moment głowę i szybko opuścił ją nisko, na pierś, gdzie wpadła w wąskie koryto cienia. Lecz zanim się to stało, dopóki jego wychudła, koścista twarz - jak kiedyś w prostokąt drzwi - trwała wymierzona w księżyc, przyjrzałem się jej i zadrżałem. Czemu wyrzucałem sobie, że go nie powstrzymałem od śmierci?

Fabuła sama w sobie jest naprawdę ciekawa, z wieloma intrygującymi wydarzeniami. Zatrzaśnięcie się metalowych drzwi w radioaktywnym pomieszczeniu, wyprawy do miasta, idea posągów, grzebanie we własnej przeszłości i próby jej zmiany… 

Proszę państwa, to są sceny o wybitnie filmowym potencjale.

Przekonuje główny bohater, poszukujący sensu istnienia i odpowiedzi na pytanie „kim jestem”? Choć to zabieg stary jak świat (podobnie jak pytania, które każdy myślący człowiek stawia sobie na pewnym etapie życia), w futurystycznym anturażu sprawdzają się doskonale. Robot czy człowiek? Byt prawdziwy, czy kopia z przeszłości? Jego niepewność i pewna nieporadność po trafieniu do schronu przypominają moje reakcje podczas lektury. Większość pytań, które zadaje towarzyszom Net Porejra, padały również w mojej głowie.

Okładka "Jednolitej teorii czasoprzestrzeni".
(źródło: www.czasksiazki.pl)

Postacie to jedno. Są też intrygujące miejsca. O schronie padło słów kilka, a jest jeszcze spalony las, czy „siedziba” Mechanizmu na początku książki.

Jednak to wszystko przebija absolutnie niepowtarzalne miasto posągów, Kaula-Sud. Miasto lub jego replika – tego do końca nie wiadomo – uwiecznione w momencie krytycznym, na kilka chwil przed katastrofą. Nieruchome posągi okazują się być mieszkańcami miasta, którzy poruszają się w zwolnionym tempie, praktycznie niezauważalnym gołym okiem. BER-66 może tam zrobić wszystko. Ale… tylko w teorii. Porusza się o wiele szybciej od posągów, może złapać pocisk w rękę i zmienić tor jego lotu, może uratować mężczyznę, który już prawie wypada z okna. W Kaula-Sud spotyka też samego siebie, zastygłego, siedzącego w samochodzie, który pędzi na czołowe zderzenie. Ten genialny koncept Snerga umożliwia zagęszczenie fabuły i niecodzienne rozterki. Uratowanie okiennego samobójcy to pikuś, ale czy BER-66 może uratować samego siebie? To prowadzi do jeszcze większej incepcji: bo jeśli uratuje swego klona tutaj, w przeszłości, czy będzie nadal istniał w teraźniejszości? 

W Robocie każde wyjście na miasto to niezapomniana przygoda. Oczywiście w środku za dużo rodzynek (naukowych fantazmatów), ale i tak byłem pod wrażeniem. 

Wisząca groźba katastrofy, paranoiczna, duszna atmosfera i chybotliwa konstrukcja opisywanego świata pozostawiają po sobie niezatarte wrażenie.

Konkluzje Snerga nie są optymistyczne. Uważał, że cała współczesna fizyka bazuje na błędnych założeniach. Ze poza nami istnieje inna, „prawdziwa” rzeczywistość, a my jesteśmy jedynie nędzną atrapą, przekonaną o własnej wyjątkowości. Ponad nami stoją inne, bardziej rozwinięte byty, z którymi się nigdy nie porozumiemy, tak samo jak mrówka nie porozumie się z człowiekiem i nie zrozumie, że cień, który ją ogarnął nie oznacza zbliżającej się nocy, a but przypadkowego turysty, pragnący ją rozdeptać.

Sugestia Allegro po wpisaniu w wyszukiwarkę hasła "Snerg".
(Milczenie Liter)

Rzadko zdarza się, by autor na przestrzeni jednego dzieła doprowadził swoją teorię do końca. Tak właśnie było ze Snergiem, zresztą podobno żadna z jego kolejnych książek nie dorównała Robotowi. Jacek Dukaj barwnie pisał, że to debiut introwertyczny – pisarza, który nieustannie dopieszcza swe dzieło, pisząc kilka lat do szuflady. Krytycy zachwyceni, zastanawiają się jakie będą kolejne książki. Te jednak nigdy nie nadchodzą, bo „kiedy uczyni się spowiedź życia, trudno potem zaskakiwać”. 

I choć bardziej przemawiała do mnie bardziej kompaktowa, zapomniana perełka Owaina Owaina (Ostatni dzień - recenzja TUTAJ), Robot Adama Wiśniewskiego-Snerga wzbudził mój podziw i szacunek. To lektura dużego kalibru, kunsztownie skonstruowana, o kilku poziomach fabularnych. Nie sposób ogarnąć pełni konceptów autora po zaledwie jednym przeczytaniu.

Wbrew temu co twierdzi Allegro, to nie jest śledzik na raz.

To absolutnie niesamowite, żeby tak dojrzały i złożony debiut literacki wyszedł spod ręki zaledwie 36-letniego autora. Rozmach fabularny musi robić wrażenie i w wielu miejscach ociera się o wizjonerstwo. 

Na koniec wypada wystrugać jakieś malownicze porównanko. Do głowy przyszło mi tylko jedno. Czytanie Robota jest jak jazda ogromnym rollercoasterem: to fascynująca, niezapomniana wyprawa; poszerzająca horyzonty, lecz momentami wywołująca mdłości.

Komentarze

Copyright © MILCZENIE LITER