CÉSAR AIRA - Epizod z życia malarza podróżnika [recenzja #169]

 


Love is in the Aira.

***


📕 WYDAWNICTWO: ArtRage
🕒 ROK WYDANIA: 2025
📖 ILOŚĆ STRON:  98


                    OCENA:                      

               
 

Mam pewien problem z książkami niezłymi. Te wyśmienite i rewelacyjne zostawiam na półce – jest ich niewiele. Słabych staram się unikać. Ale niezłych jest dużo - zbyt dużo – i przetrzymywanie wszystkich jako zakładników na półce, na którą się już nigdy nie zajrzy, mija się z celem. Więc się ich pozbywam. Większość z nich książek sprzedaję, ale tej nie będę. Chcę ją mieć na swojej półce, chcę do niej kiedyś wrócić. Do tego jest maleńka, więc zmieści się nawet między Solenoidem i Tęczą grawitacji.

Nie do wiary, ale 90-stronicowy Epizod z życia malarza podróżnika to dopiero druga książka Airy, która ukazuje się w Polsce! Powszechnie uważany za jednego z najwybitniejszych współczesnych pisarzy argentyńskich, w Polsce z jakiegoś powodu nie istnieje. 

César Aira napisał tę książeczkę w 2000 roku, inspirując się biografią XIX-wiecznego niemieckiego malarza, Johanna Moritza Rugendasa, z rodziny Rugendasów, malarzy od jakichś trzystu siedemnastu pokoleń.

Łatwo się będzie pogubić, co tu jest prawdą, a co nie, tak więc krótka ściągawka:

Johann Moritz Rugendas – istniał naprawdę.

Alexander von Humboldt – też istniał (miał nawet brata, Wilhelma, również zdolniachę!).

Robert Krause – prawdziwy.

Rugendas podróżował już jako 20-latek (!), następnie przez kilkanaście lat włóczył się po Meksyku, Chile, Argentynie i Brazylii. Krause faktycznie towarzyszył mu podczas jednej z podróży, a było to w roku pańskim 1837.

Linia prosta łącząca Mendozę z Buenos Aires pokonywana w tempie dwustu metrów na dzień wyznaczała cykle równe długości ludzkich egzystencji. W oczach i zachowaniach woźniców balansujących między pokoleniami osadzały się pokłady wzniosłej cierpliwości.

Ale resztę Aira sobie wymyślił. Pod przykrywką faktograficznej relacji rekonstruuje epizod, który tak naprawdę nigdy nie miał miejsca. Ta cwana zagrywka umożliwia mu zawieszenie pomostu między przeszłością, a teraźniejszością i to właśnie na deskach tego mostu Aira dopuszcza się największych manipulacji. Żongluje faktami i półprawdami, co rusz zaskakując czytelnika czymś nowym. A najzabawniejsze jest to, że jakimś cudem z tych wszystkich faktów i niby-prawdziwych wydarzeń, wyszła mu powiastka o klimacie lekko surrealistycznym.

Lektura tej książeczki jest jak jedzenie guacamole – smak nieoczywisty, po pierwszych kęsach na pewno nie wyszeptamy: „wow!”, lecz czytamy dalej, a każda kolejna strona przyciąga coraz bardziej zgodnie z prawidłami rosnącego ciągu geometrycznego.

Rugendas przed rokiem 1850.
(źródło: domena publiczna / Wiki)

Fabuła: oto Rugendas wyrusza do Ameryki Południowej w towarzystwie Humboldta, którego później zastępuje Krause. Pewnego razu w trakcie burzy wypuszcza się na przejażdżkę. Zostaje trafiony piorunem, mdleje, a spanikowany koń ciągnie go po ziemi. Rugendas ledwie uchodzi z życiem, ale jego twarz zostaje zmasakrowana i ledwo przypomina ludzką.

Od tej pory malarz kilka razy dziennie cierpi na dojmujące ataki bólu, podczas których krzyczy, mdleje i generalnie nie wie, co się dzieje. Aby jakoś egzystować, szprycuje się morfiną i narkotykami.

Robert Krause. Autor ilustracji nieznany.
(źródło: www.veryimportantlot.com)

Narkotyczne otępienie w połączeniu z fizycznym bólem i ogólnym poczuciem dezintegracji stopniowo pogrążają Rugendasa w świecie własnych wizji i utopii. Aira daje nam możliwość obserwowania tego fascynującego procesu, a z perspektywy kanapy z Ikei dobrze widać, jak niemiecki malarz kawałek po kawałeczku odrywa się od ziemskiej egzystencji.  

Nie tylko on.

Fascynujące jest obserwowanie, jak język tej książki się powoli rozpada i rozgałęzia. Sucha podróżnicza relacja stopniowo ustępuje miejsca wibrującym myślom i fantazjom Rugendasa, z których gdzieniegdzie, od czasu do czasu, prześwitywać będzie głos zdrowego rozsądku.

Istnieje więcej niż jedno „wszystko”, a może z tej przyczyny, że to „wszystko”, które obejmuje mówiącego i jego mały-wielki świat, ulega obrotom podobnym do obrotów ciał niebieskich, co w połączeniu z innego rodzaju przesunięciami powoduje, że pewne aspekty pozostają zawsze ukryte.

Jakby mało było sztuczek, argentyński pisarz stosuje jeszcze jeden zabieg. Niektóre sceny z tej powiastki stylizuje na obrazy. Tak jakby powstały w głowie artysty-malarza, lub dopiero co się rozegrały na jednym ze szkiców Rugendasa, który w wyniku tego manewru staje się bohaterem własnej historii. Daje to kapitalne wrażenie zapętlonej rzeczywistości, gdzie dawne miesza się z obecnym, a realne wydarzenia z ilustracją w notatniku.

W końcu Rugendas, dotknięty koszmarną dezintegracją mózgu, padł na rozpostarty przed sobą papier. […] Krause zeskoczył z konia, by pomóc. W oddali, w pysznej ramie różów i zieleni, znikali w rozsypce Indianie, tak maleńcy na swoich wierzchowcach, jak gdyby dosiadali komarów.

Rugendas sam staje się potworem. Końcowe sceny, gdy ryzykując życiem (który to już raz!), udaje się śladem Indian, a wreszcie, ze swą zdeformowaną twarzą ukrytą pod krepą, staje wobec identycznych, gładkolicych, poczciwych niemal Indian, to jawne odwrócenie XIX wiecznych schematów i głęboko zakorzenionego przekonania o supremacji rasy białej i niższym stopniu rozwoju amazońskich autochtonów.

"Fiesta de San Juan en Amancaes" - obraz Rugendasa, namalowany w 1843 roku w Limie. Niezwykłe święto, gdzie ludzie wszystkich klas i ras bawili się razem wśród peruwiańskich wzgórz kwitnących tzw. "liliami Inków" ("Amancaes").
(źródło: domena publiczna / Wiki)

Pozornie, nie ma tutaj niczego wielkiego, czy przełomowego. Ale czytając, nieustannie miałem wrażenie obcowania z jakąś wielką tajemnicą. Zdawało mi się, że jestem o krok od dokonania ważnego odkrycia i przełomu w rozumieniu literatury.

Nic takiego – póki co – nie miało miejsca. I nawet, jeśli dałem się omamić literackiej fatamorganie Airy, było warto. 

W środku znajdziemy też 8 reprodukcji dzieł Rugendasa (w kolorze!) i ciekawe posłowie tłumaczki, Barbary Jaroszuk. Rzuca ono wiele światła w poznawczy mrok, otaczający grono niedoświadczonych czytaczy Airy, do którego i ja się zaliczam.

Strona tytułowa pisemnej relacji z podróży Rugendasa po Brazylii. Chociaż na froncie dumnie widnieje nazwisko malarza, ghost writerem był dziennikarz, niejaki Victor Huber.
(źródło: Biblioteca Brasiliana)

A tak zupełnie na marginesie, mamy tutaj kandydata na cytat roku. Patrzcie na to:

Indianie wychodzili z szaf niczym źle strzeżone sekrety.

Cytatów, myśli, spostrzeżeń godnych uwagi jest tutaj o wiele więcej, szczególnie w postpiorunowym okresie życia Rugendasa, czyli w drugiej części książki. Niespieszna lektura wynagradza czujnych czytelników soczystymi akapitami.

Popołudnie nie stanowiło powtórki poranka, nawet odwróconej. Powtórka to zawsze wyłącznie oczekiwanie na powtórkę, nie powtórka sama w sobie. (…) Rzeczy po prostu się wydarzyły i popołudnie okazało się odmienne od poranka – z własnymi przygodami, odkryciami i kreacjami.

Sceny następowały po sobie, ale odwzorowane na papierze, zapowiadały inne następstwa, które odwracały te wcześniejsze, oryginalne. Krajobraz natomiast trwał niezmienny. Katastrofa po prostu wnikała weń jednym krańcem i wydostawała się drugim, w ogóle go nie zakłócając.


Koniec końców, ten argentyński liliput dostarczył mi więcej literackiej rozkoszy, niż niejedna utuczona powieść.

Czarni niewolnicy na statku - litografia Rugendasa z 1827 roku.
(źródło: www.abebooks.com)

Komentarze

Copyright © MILCZENIE LITER