MIRCEA CĂRTĂRESCU - Nostalgia [recenzja #170]

 


Książka podwójnie  irytująca: nie dość, że wszyscy się nią ekscytują, to jeszcze mają rację.

***


📕 WYDAWNICTWO: ArtRage
🕒 ROK WYDANIA: 2025
📖 ILOŚĆ STRON:  434


                    OCENA:                      

               
 

Panu Rumunowi wcale nie zależy na zaczarowaniu czytelnika, zaskoczeniu zwrotem akcji, czy przekonaniem do własnych poglądów. Cărtărescu uniknął wszystkich pułapek literatury w bardzo prosty sposób: napisał to, co chciał, a nie to, czego od niego chciano. Przetworzył wspomnienia z młodości przez własną wrażliwość i wyobraźnię, i zrobił to – mam wrażenie – nie po to, by porwać tłumy, lecz w celu wyrzygania zalegających mu gdzieś na żołądku niestrawionych fragmentów przeszłości.

A zatem, literatura introwertyczna i egoistyczna. I, proszę państwa – literatura wielka. 

Wspomnienia z młodości znalazłyby się w top 10 rzeczy, które odrzucają mnie od książek; gdzieś zaraz po wspomnieniach z Auchwitz, polityki i starożytności. Ale te cărtărescowe wspomnienia są… inne, z braku lepszego słowa. Wykoślawione, fantazyjne, osobliwe, oniryczne.

Z kronikarsko-statystycznego obowiązku nadmieniam, iż Nostalgia składa się z ośmiu opowiadań. Trzy to ściema, ponieważ na ich treść składa się zaledwie jeden krótki cytat. Zostaje pięć historii.

Już pierwsza z nich jest udana. Cieszyłem się jak dziecko, widząc, że ten cały Cărtărescu chyba jednak nie jest przereklamowany. Potem okazało się, że jestem głupcem, bo wszystkie kolejne opowiadania są jeszcze lepsze. Ruletkarz to opowieść o człowieku, który igrał ze śmiercią i zbił fortunę na rosyjskiej ruletce. Niezwykłe było to, że zawsze przeżywał; nawet, gdy w komorze pistoletu było tylko jedno puste miejsce. Zakończenie daje do myślenia, a dodatkowo autor oplótł tę historię szkatułkową osnową: historię ruletkarza poznajemy bowiem z drugiej ręki, spisaną przez pewnego starca u progu śmierci.

Ruletkarz był spoko, ale Słabołebski to absolutna perełka. Myślę, że trzeba mieć minimum 30-35 lat, by zasmakować pełni aromatu; jest duża szansa, że podczas lektury poczujemy falę autentycznej nostalgii. Do czasów, gdy sami ganialiśmy po placu i wysiadywaliśmy z kolegami na klatce.

Cărtărescu w 2024 roku. Autor zdjęcia: C.Stadler/bwag
(źródło: domena publiczna, Wiki)

Ale Słabołebski to coś znacznie, znacznie więcej, niż nostalgiczne wykopaliska. W chwili, gdy do bloku (oczywiście przy alei Ștefana cel Mare – ale o tym za chwilę) wprowadza się obcy chłopak – tytułowy Słabołebski - opowieść przybiera zaskakujący obrót. Nowy jest dziwny: jego oczy nie mają rzęs, a wokół powiek ledwie zarysowane, czarne obwódki. Samo patrzenie na niego męczyło.

Fascynujące jest obserwowanie, jak stosunek lokalnej dzieciarni do nowego przechodzi przez wszystkie fazy: od ciekawości, przez próby poniżania, po bezwzględne posłuszeństwo i graniczący ze strachem podziw.

Swoją magnetyczną osobowość nowy przekuwa we władzę. Umysły towarzyszy zatruwa niepokojącymi opowieściami. Dzieciaki spijają z jego ust każde słowo, zdają się zahipnotyzowani. Sam wciąż mam pamięci jego opowieść o kukiełkarzach: że każdy z nas ma w głowie małego człowieczka, który robi to dokładnie to samo co my, w tym samym momencie. To nasz kukiełkarz. Lecz w jego głowie tkwi kolejny, mniejszy kukiełkarz, który też kopiuje jego ruchy. I tak dalej – tworzy się nieskończony łańcuch kukiełkarzy a my nie wiemy nawet, które miejsce zajmujemy w tym ciągu. 

Osobliwe zachowania i moce Słabołebskiego prowokują do nazwania go dziecięcym mesjaszem, i nie jest to przesada, bo Słabołebski, na wzór przykazań, narzucił swym kolegom i koleżankom pewne normy zachowania: nie dokuczać dziewczynom, nie brudzić się, nie mówić szybko itp.

Ludzie dzielą się na cztery rodzaje: tych, co się nie urodzili, tych, co żyją, tych, co umarli, i tych, co ani się nie urodzili, ani nie żyją, ani nie umarli. To są gwiazdy.

Tak: Słabołebski to coś więcej niż anegdotki z życia bukaresztańskich łapserdaków. Jest tutaj pewna tajemnica, misterium, a rzekłbym nawet, że niewypowiedziana wprost groza. Potwierdza to autor/narrator:

Skąd, u diabła wzięła się ta opowieść? Chciałbym od nowa przeczytać cały tekst, ale wyznaję, że się boję. Jest w nim coś złowieszczego. Nie wiem, co z nim zrobić. Nie chcę go wyrzucać, ale nie chcę też natknąć się na niego ponownie.

Dalej, Bliźnięta. Kolejna dobra rzecz, tym razem młody samotnik i outsider oraz jego obsesyjna miłość do rówieśniczki Giny.  Jak to często bywa, oczekiwania rozmijają się z rzeczywistością. Gina traktuje go jako przyjaciela i chłopca na posyłki, jak ma dobry humor, pozwala się też dotykać i całować. Z premedytacją opowiada o swoich kolejnych chłopakach. Toksyczna, pełna emocji relacja eskaluje. I znowu: niektórzy by na tym poprzestali, u Cărtărescu jest jeszcze więcej. Początkowe sceny opowiadania łączą się z zakończeniem i dodają kolejną warstwę do tej tragicznej opowieści. Opisując nakładanie makijażu, igra z czytelnikiem, płcią i liniowością fabuły.

Brzydziłem się ludźmi, którzy zdawali się zadowoleni ze swego nieznacznego życia. (…) [Koledzy] czuli do mnie odrazę pomieszaną z niepewnym podziwem, jaki wzbudza poczwarka, z której może powstać motyl, ale i kto wie jaki przerażający robak.

Końcowe sceny w bukaresztańskim Muzeum Historii Naturalnej im. Grigore Antipy zrzuciły mi kapcie z nóg i zrolowały skarpety do gołych achillesów. A w tle zjednoczenie dwóch ciał i dusz.

Gdy weszliśmy do sali z płodami, zobaczyliśmy, jak otwierały szeroko oczy i robiły dziwaczne gesty w swych zielonkawych słojach. Jeden zdołał się wspiąć na brzeg cylindra, wlokąc za sobą pępowinę długą na pół metra, i przygotowywał się do skoku na podłogę.


Diorama z Muzeum Historii Naturalnej w Bukareszcie.
(domena publiczna, Wiki)

No i wreszcie crème de la crème, czyli REM. Cała Nostalgia to poziom literackiej stratosfery, dokąd dociera niewielu, ale w REM (i Słabołebskim) rumuński pisarz przechodzi sam siebie.

Nie wiem nawet jak to streścić… Poznajemy młodego chłopaka i jego partnerkę, Svetlanę, starszą o kilkanaście lat. Podczas jednej ze schadzek Svetlana opowiada partnerowi wydarzenia ze swej młodości, które wyznaczyły kierunek jej życia. To był rok 1960/1961, gdzieś na przedmieściach Bukaresztu.

Właśnie wtedy Svetlana weszła w REM i uważa, że właśnie po to została powołana. Wszystko zaczęło się podczas jednego z wyjazdów do cioci Aury. Bawiąc się z koleżankami odkryły podziemną pieczarę z dziwnym szkieletem, odwiedziły chorą koleżankę, której ciało przypominało lalkę, bawiły się w królową (każdego dnia jedna z nich była królową z wylosowanym unikatowym atrybutem, i to królowa wymyślała zabawy, w które reszta dziewczyn musiała się bawić). Nie będę tutaj spojlerować, ale wszystkie te sceny to popis literackiej wyobraźni Cărtărescu. Właśnie w tym czasie dom cioci Aury odwiedziły dwie dziwne, bardzo wysokie i szczupłe postacie…

Pod wieczór, gdy dziewczęta poszły już do swoich domów, (…) spojrzałam w stronę pola, które zaczęło czerwieniec od zmierzchu, i zobaczyłam ich nadchodzących – dwie niewiarygodnie długie i cienie sylwetki. Z daleka wyglądali jak ludzie na szczudłach czy też jakieś ponure i kruchej zjawy. Jakby zrodzili się z mgły na polu, która zagęszczała się nieustannie w ich konturach, nadając im, gdy podeszli bliżej, odrobinę realności. 

Co jakiś czas na chwilę, na mgnienie jednego akapitu, narrator zmienia się w… tego nie zdradzę.  A czym/kim jest tytułowy REM i czy faktycznie ma coś wspólnego ze snami, musicie przekonać się sami.

REM to nie tylko kunsztowny literacki konstrukt, ale i prawdziwy hymn nostalgii, z gorzkim posmakiem utraconej bezpowrotnie młodości.

Architekt. Surrealistyczna wizja na temat tytułowego architekta Emila Popescu, który po zakupie wymarzonej Dacii trzyma samochód w garażu, dotyka i ogląda, ale boi się go zbrukać wyjazdem na ulicę. Zirytowany prostackim dźwiękiem klaksonu, wymienia go na model intonujący pierwsze takty Marsza Triumfalnego z „Aidy”. Popescu szybko się nudzi, klakson przemienia w syntezator, i praktycznie całe dnie spędza w Dacii. Komponuje. Żona jest wściekła, sąsiedzi również, ale muzyka wygrywana przez osiedlowego architekta zaczyna wzbudza coraz większe zainteresowanie. Przyjeżdża telewizja, muzykolodzy, eksperci… 

Nieprzypadkowo to Architekt zamyka całą książkę. Być może to właśnie pocieszny Emil Popescu jest najbliżej prawdziwego życia, że to on rozwiązał słynny dylemat Thomasa Manna:

W zasadzie istnieje j e d e n tylko problem na świecie

I takie właśnie nosi miano:

Jak się przebić? Jak wydostać się na swobodę?

W jaki sposób niszczy się poczwarkę, by zostać motylem?

Jakby tych wszystkich ochów i achów było mało, w Nostalgii jest jeszcze coś, co uwielbiam. Opowiadania przenikają się nawzajem, ale w ledwo uchwytny sposób. Trzecioplanowe wydarzenia z jednej historii nagle nabierają znaczenia, gdy spoglądamy na nie z perspektywy kolejnego opowiadania.

Przykładowo, w jednej ze scen REM, Svetlana płacze nad stawem, gdzie podchodzi do niej obcy mężczyzna, próbując pocieszyć. W opowiadaniu Bliźnięta mamy dokładnie tę samą scenę, ale tym razem Svetlana przemyka gdzieś chyłkiem jako bezimienna kobieta, będąc nic nieznaczącym epizodem w życiu młodzieńca, którego spotkała, i który tym razem jest głównym bohaterem.  

Jest tego więcej, wychwyciłem na przykład wzmiankę o autorze Ruletkarza – oczywiście w innym miejscu, w innym czasie, w innej historii. W REM czytamy, iż jeden z bohaterów - młodzian imieniem Vali - za kilka lat napisze opowiadanie pt. Ruletkarz. I tak dalej.

Incepcji, załamań czasu i zmian narratorów jest tu bez liku, jednak nie na tyle dużo, by się zagubić w gąszczu zabiegów stylistycznych. Jeszcze jedna ważna uwaga: jeśli kogoś przeraża brak dialogów, niech nawet nie podchodzi do Nostalgii. Praktycznie całe 400 stron to jeden zbity blok tekstu. Mnie też to trochę przeraziło, ale zdaje egzamin. 

Pojawiają się toposy i powracające motywy. Wspomniana już Aleja Ștefana cel Mare to punkt centralny nostalgicznej mapy Bukaresztu. Cărtărescu podchodzi do niej z czułym, niemal nabożnym szacunkiem. Bohaterowie spacerują po tej ulicy, widzą ją, gdy spoglądają przez okno, na niej stają się dorośli. Od czasu gogolowskiego Newskiego Prospektu nie myślałem tak dużo o żadnej ulicy. I chociażby dlatego pokażę Wam zdjęcie ulicy Stefan cel Mare z czasów młodości Cărtărescu. Gdy brud znikał z tej ulicy, bohater Bliźniaków zaczynał rozumieć pewne mechanizmy rządzące światem. To tam, wśród łoskotu tramwajów, przeżywał raz jeszcze swe upokorzenia. 

Aleja Ștefana cel Mare, lata 70-te.
(źródło: profil na FB - Social Modernism)

Kolejnym z symboli jest kometa. Pojawia się kilka razy, nawet nie na drugim, a gdzieś na trzecim planie, wspomniana mimochodem w jednym zdaniu. Mimo to powraca, i za każdym razem zwiastuje ważne wydarzenie, przemianę.

Tamtego lata, jak już mówiłam, pojawiła się na niebie kometa. (…) Pod koniec czerwca mama zachorowała ciężko – perforowany wrzód dwunastnicy – i w nocy zabrało ją pogotowie.

Początki opowiadań to kolejna mocna strona rumuńskiego pisarza. Przykuwa uwagę od pierwszych fraz: nietuzinkowych, wyznaczających koślawy rytm lub asymetryczną perspektywę już na starcie lektury. W sumie środki i zakończenia też są dobre 😊 Czasem tylko środki nieco przegadane.

Przytaczam tutaj te wersy z Eliota, ale po co? W każdym razie nie jako możliwe motto do którejś z moich książek, bo już nigdy niczego nie napiszę. Wprawdzie piszę te słowa, ale bynajmniej nie uważam ich za literaturę. („Ruletkarz”)

Śnię sny ogromne, zabarwione obłędem, i mam wówczas doznania, jakich nigdy nie miewam na jawie.  („Słabołebski”)

W REM – spojrzenie na półkę z książkami i krótki opis postrzępionych okładek uznanych autorów.

Nawet fragmenty wierszy we wstępniakach dają do myślenia i chwytają za serducho, podczas gdy w większości innych książek istnieją tylko po to, byśmy mieli co zapominać.

Otwieram książkę, książka pojękuje.

Czasu szukam, czasu nie znajduję.

Jakie to proste, jakie celne.

W kilku momentach, z opowiadań wycieka zniechęcenie do literatury, odrzucenie i twórcza apatia. Autor Ruletkarza spisuje swą opowieść, choć sam nie wie, po co. 

Tyle jest jeszcze wątków, obserwacji i ciekawostek, o których nie wspomniałem, ale nie chcę przeciągać. Zmierzam więc do podsumowania.

Pod obwolutą kryje się taka tłoczona okładka. Minimalistyczna, stylowa - jestem na tak.
(fot. Milczenie Liter)

Świat Cărtărescu jest pojemny i w razie potrzeby nadyma się jak meduza. Mieści więcej, niż powinien. Wśród podziwu wielu czytelników, na pewno zmieści się i mój. 

Jestem zachwycony pisaniną Cărtărescu. To intensywna, pazerna literatura, pożerająca czytelnika kawałek po kawałku. 

Rumuński realizm magiczny smakuje wytrawnie, smakuje świetnie. Chcę się nim obżerać i liczę, że tłusty Solenoid – którego już zakupiłem – spełni oczekiwania i nie zawiera chrząstek.

Nie znałam jeszcze wtedy oczywistej prawdy, którą ujawnił mi dostęp do REM i której nigdy nie zapomnę: im węższa przestrzeń do działania, zabawy czy myślenia, tym szersza jest reszta, czyli Świat. I zawsze warto się ograniczyć, nawet do nieistnienia, aby spotęgować cud świata.

Oceniłem na 8,5, ale bliżej temu do dziewiątki, niż ósemki.


PS. Kącik patriotyczny: na kartach Nostalgii kilkukrotnie wspominany jest Andrzej Wajda (i jego filmy).

Komentarze

Copyright © MILCZENIE LITER