MONTAGUE RHODES JAMES - Opowieści starego antykwariusza [recenzja #159]

 


Wyśmienity zbiór. Satysfakcja gwarantowana.

***


📕 WYDAWNICTWO: C&T
🕒 ROK WYDANIA: 2005
📖 ILOŚĆ STRON:  250


                    OCENA:                      

                

Jest tu 15 opowiadań, z czego minimum 10 to rzeczy dobre/bardzo dobre. Jeden z lepszych zbiorów opowieści niesamowitych, jakie czytałem, a z całą pewnością jeden z najcenniejszych klejnotów w całym katalogu "Biblioteki grozy" wydawnictwa C&T.

Nowinką - która niestety nie stała się standardem tej serii - jest obszerna bibliografia twórczości (dotyczącej) Jamesa oraz wstęp autorstwa Marka Nowowiejskiego. Początkowo drażnił mnie ostentacyjny zachwyt nad twórczością Brytyjczyka, który zdawał się grubo przesadzony. Jednak po lekturze Opowieści antykwariusza, przyznaję Nowowiejskiemu rację. To jest kawał wyśmienitej literatury grozy, wciąż - sądząc chociażby po średniej ocenie na portalu Lubimy Czytać - niedocenianej.

Co takiego specjalnego mają w sobie opowiadania M.R. Jamesa?

Po pierwsze: realizm i higiena historyczna. W większości wypadków, zaczątkiem fabuły jest historyczny dokument. Bądź to manuskrypt, bądź stary szkic, a czasem coś bardziej trywialnego, jak informacja o otrzymanym spadku.

Ale nie ma się co dziwić, wszak James był naukowcem (badał m.in. średniowieczne manuskrypty), a przez prawie 20 lat pełnił funkcję rektora Eton College. Akcja toczy się w prawdziwych miastach (głównie niewielkich angielskich miasteczkach), materiały źródłowe nawet jeśli wymyślone, powołują się na postacie historyczne (np. duński biskup Jørgen Friis) lub wydarzenia historycznie udokumentowane (np. wspomniany w Numerze 13 pożar Viborga z 1726 roku faktycznie miał miejsce).

Po drugie: "zwyczajność" historii. Mogły się zdarzyć wszędzie i każdemu. Nawet nazwiska bohaterów są zwyczajne, pospolite do bólu (Anderson, Simpson, Harrington). Narrator wcale nie ukrywa, że są zmyślone na potrzeby chwili. Dlatego też lepiej trafiają do czytelniczego serca: bardziej im wierzymy i szybciej dajemy się uwieść. Akcja nie toczy się w opuszczonych domostwach i zatęchłych zamczyskach, tylko na angielskiej prowincji, w zwykłym domku, kościele, czy w hotelu. Umiejscowienie akcji w czasach współczesnych Jamesowi także zwiększa imersję.

Portret Jamesa, szkic węglem drzewnym z 1930 roku. Autor: John R. Merton.
(źródło: Archiwa Eton College. Reprodukcja za zgodą Rektora i członków Eton College).


Po trzecie: angażowanie czytelnika w historię.

"Historia, którą zamierzam tu opowiedzieć, śmiem twierdzić, daje w tej kwestii sporo do myślenia. Nie mogę potraktować jej jako zmyślonej i odrzucić zawartych w niej aluzji. Niech czytelnik sam to osądzi. (Jesion, s. 45)

"Jednak mój kuzyn, którego przygodę mam wam teraz opowiedzieć, zatrzymał się "Pod Złotym Lwem". (Numer 13, s. 58)

Narrator skraca opisy jeśli uznaje je za niepotrzebne, pomija fragmenty zasłyszanych historii, o wszystkim lojalnie informując czytelnika. Czujemy, jakby to właśnie nam szeptał do ucha te historie; wieczorem, gdzieś w wiejskiej karczmie, przy garncu piwa.

Po czwarte: bajery i ubarwiacze.

James wplata w opowiadania (i robi to bardzo zręcznie) mnóstwo różnych rzeczy: w Zagrodzie Martina będą to fragmenty rozpraw sądowych, w Stallach w katedrze w Barchester ironiczny nekrolog pewnego kanonika, są też fragmenty wierszy i poematów, listy (Magiczne runy), a cały pierwszy akapit Skarbu opata Tomasza jest napisany po łacinie. Te drobnostki, na które często nie zwracamy w ogóle uwagi, pełnią niedocenianą rolę użyźniaczy i ujędrniaczy opowiadanych historii. James dobrze o tym wie i świetnie korzysta z ich możliwości.

Po piąte i najważniejsze: podejście do wydarzeń niewyjaśnionych. James wcale nie chce ich wyjaśniać. Dobrze wie, że to pułapka, która może tylko zaszkodzić. Zazwyczaj zdradza co nieco, a o reszcie milczy, z premedytacją przerzucając na czytelnika odpowiedzialność za poskładanie rozsypanych puzzli. Wiecznie któregoś brakuje, więc obraz i tak będzie niepełny. Niektórych może to irytować. Ja uważam, że dzięki tym niedopowiedzeniom, czytelnik jest wiecznie nienasycony: nie dostaje nigdy pełnego dania, tylko same przystawki. Pyszne przystawki. 

Ilustracja do "Traktatu Middoth", zamieszczona w pierwwszym wydaniu Antykwariusza z 1904 roku.
(źródło: Archiwa Eton College. Reprodukcja za zgodą Rektora i członków Eton College).

Nie ma tutaj infantylnych historyjek o mdlejących przy kominku młodych pannach i duchach grasujących po zamku. James wie, że najbardziej przeraża to, co nieopisane.

Groza Jamesa jest często rozmyta, trudno utożsamić ją z konkretną osobą bądź zjawiskiem. A nawet jeśli jest to możliwe - nie wiemy, kim jest i czy w ogóle jest to osoba z krwi i kości.

Brytyjski pisarz i naukowiec nie robi też innych rzeczy, których nie znoszę: nie moralizuje, nie przekonuje na siłę, że złe moce istnieją, bądź nie. Po prostu opowiada. 

Jak widzicie, ten zbiorek ma mnóstwo zalet. Ubolewam jedynie nad słabą okładką - taki rarytas zasługuje na lepszą i bardziej klimatyczną ilustrację.

Srebrna papierośnica Jamesa robi wrażenie. Na zdjęciu wygląda jak trumna Jagiellończyków, ale ma tylko 16 cm długości, 12 cm szerokości i 8,5 cm wysokości. Pochodzi prawdopodobnie z Indii, z przełomu XIX i XX wieku.
(źródło: Archiwa Eton College. Reprodukcja za zgodą Rektora i członków Eton College).

Jeśli ktoś lubi grzebać w archiwach i zaczytywać się w opowieściach niesamowitych, nie znajdzie chyba lepszej pozycji niż Opowieści antykwariusza. To mistrzostwo formy, nienachalna erudycja, gra niedopowiedzeniami a także czystej wody talent. Nie tylko literacki, ale przede wszystkim talent do budzenia grozy i stopniowania napięcia. 

Jamesowskie opowieści nie zestarzały się ani o jotę. To kunsztownie skonstruowane, nieoczywiste dziełka. Straszyły 100 lat temu, straszą nadal i nie wygląda na to, żeby miało im się to znudzić.

Komentarze

Copyright © MILCZENIE LITER