JUAN RULFO - Pedro Páramo i inne prozy [recenzja #172]
Rozdziobią nas koguty, rulfy.
***
OCENA:
Rzuciłem się na prozy Rulfa od PIW jak marketingowcy na proteiny, i jestem już po lekturze.
O Pedro Páramo i Równinie w płomieniach nie będę się już wypowiadać - zainteresowanych odsyłam do wcześniejszych recenzji, a leniuchom powiem tylko, że obie pozycje są wyśmienite. Prawdziwa literacka uczta. Po kilku latach od lektury wręcz zyskują.
Pedro Páramo --> recenzja
Równina w płomieniach --> recenzja
Po polsku debiutują dwa opowiadania z Równiny, pominięte w poprzednim polskim wydaniu. Obie nie należą do czołówki zbioru, ale i nie obniżają jego poziomu. (Było kiedyś trzęsienie ziemi, Dziedzictwo Matildy Arcangel).
Tu drobna uwaga odnośnie posłowia: jest rzetelne i ciekawe; pozwala na bardziej świadome odkrywanie literackiej mocy Rulfa.
Ale z niezrozumiałych powodów tłumaczka nie podaje, które dwa opowiadania zostały dołączone do Równiny i, co za tym idzie, debiutują w polskim przekładzie. Wszystkie pozostałe opowiadania z tego zbioru tłumaczka wymienia w polskim tytule, ale akurat te dwa w hiszpańskim. I o ile można się domyślić, że La herencia de Matilde Arcangel to Dziedzictwo Matildy Arcangel, to polskie znaczenie El dia del derrumbe dla laika wcale nie jest oczywiste. W efekcie ciekawski i dociekliwy czytelnik (czyli ja), musi analizować wszystkie polskie tytuły, sprawdzić, którego tłumaczka nie wymieniła, i samodzielnie dojść do wniosków.
Na szczęście pozostała część wstępu rekompensuje tę drobnostkę. W pełni się zgadzam z tą obserwacją, patrzcie jak pięknie opisaną:
Bohaterowie Rulfa zamieszkują symboliczną przestrzeń "pomiędzy" i żyją w specyficznym dla tej prozy czasie, którego upływ obiektywny - mierzony wskazówkami zegara i d z i a n i e m się zdarzeń - jest zatrzymany; (...) wydarzenia odsuwane są w nieskończoność, a jednocześnie życie wewnętrzne postaci rozrasta się, bo każdy zapach, dotyk czy wspomnienie przywoływane są z detalami.
Z nowych rzeczy zdecydowanie wyróżnia się Złoty kogut. Bohaterem jest oczywiście tytułowy złoty kogut, który wygrywa walkę za walką (do pewnego momentu, rzecz jasna).
Miłośnicy zwierząt i eko-mięczaki niech się nawet nie zabierają za lekturę. Mamy tutaj szczegółowe opisy walk kogucich z krwawiącymi bokami, podziurawionymi skrzydłami, wydziobywaniem oczu i dobijaniem krwawiących zwierząt. Oczywiście, jest to tylko tło, niezbędne meksykańskiemu pisarzowi do naszkicowania fabuły. A ta przedstawia się następująco: obwoływacz Dionisio Pinzon, biedny, wyśmiewany z racji na deformację ręki nie mógł się podjąć "normalnej"pracy. Przymierał głodem, w milczeniu znosił obelgi, by zapewnić nędzny byt sobie i schorowanej matce. Krążył po zakurzonych uliczkach i robił użytek ze swego głosu, niczym średniowieczny herald.
Pewnego dnia jego los się odmienia. Przygarnia zranionego po jednej z walk złotego koguta i ratuje go od pewnej śmierci. Następnie wyrusza na tournee po meksykańskich wygwizdowach, powiększając fortunę i przyciągając ludzi mniej lub bardziej podejrzanego autoramentu. Kluczową rolę w opowieści odegra wędrowna śpiewaczka, La Caponera.
Nieco baśniowa otoczka (od zera do milionera, transformacja bohatera, któremu odbija sodówka po zdobyciu bogactwa) przypomina o prawdach uniwersalnych - tutaj Rulfo prochu nie wymyślił (da się to w ogóle zrobić?) - a przede wszystkim o cyklach, które powtarzają się w kolejnych pokoleniach i powtarzać będą, niczym kręgi po kamieniu rzuconym do wody.
Forma zasługuje na poklask i uznanie. Jeśli ktoś jeszcze śmie wątpić w talent Rulfa, niech sprawdzi poniższy cytat.
Słychać było głos obwoływacza, lecz na tyle daleko, że nie dało się zrozumieć słów. Mowa o jednym z tych miejskich obwoływaczy, co na rogach ulic obwieszczają rysopis zaginionego zwierzęcia, dziecka albo dziewczyny... [...]
Kobiety oddalały się w stronę kościoła, a obwieszczenie słychać było coraz głośniej, aż wreszcie obwoływacz zatrzymał się na pobliskim rogu i przyłożywszy ręce do ust, ostrym i przeszywającym głosem krzyczał:...
Narrator stoi w miejscu i obserwuje. Nie przytacza od razu słów obwoływacza, gdyż ten jest daleko i nie da się ich zrozumieć. Ale gdy odczekamy kilka chwil, kilka akapitów później, Pinzon zbliży się, i dopiero w odpowiednim momencie, gdy stanie obok nas, narrator przekaże treść obwieszczenia. Sposób, w jaki Rulfo kontroluje przestrzeń i dźwięk, zrobił na mnie wielkie wrażenie. Mógł przecież napisać bez zbędnych ceregieli: "Na ulicy stał obwoływacz. Wołał: xxxxxx!".
Gdy wreszcie dowiadujemy się, co takiego oznajmiało zachrypłe gardło obwoływacza, wydaje się, że Rulfo uczyni z tego punkt wyjścia swej opowieści. Nic z tego: to fałszywy trop i zmyłka, choć przy uważnej lekturze można dostrzec pewien punkt wspólny z zakończeniem opowiadania.
Tak właśnie wygląda akcja u Rulfo: coś się rusza, ale gdzieś poza narratorem, gdzieś za szybą. Powstaje wrażenie stagnacji, ruchu pozornego, jakiejś ślamazarnej gry światła i cienia. Właśnie ten taniec, wieczne zmagania winy i kary, życia i śmierci, obserwujemy - w spowolnionym tempie - w większości kogucich opowiadań. Czasem są one ze sobą powiązane (Moja ciotka Cecilia i Cleotilde), innym razem stanowią tak szczegółowy fragment jakiejś większej całości, że trudno go w ogóle zinterpretować (Susana Foster). Trochę polityki (Castillo de Teayo), nieco miłości (Listy do Clary), a przede wszystkim zemsta, śmierć i morderstwa. Nawet w trywialnych, zdawałoby się, obserwacjach na temat natury ludzkiej - jak ów ksiądz walczący na ambonie z wizją nagiego ciała Susany San Juan (To samo, co wczoraj, rzekł ksiądz) - kryje się głębsza prawda o człowieku. Każdy może zinterpretować ją po swojemu.
Zamknął brewiarz i otworzył Ewangelię Świętego Jana: "Na początku było Słowo", a wszyscy wierni zdążyli już wyjść z pogrążonego w porannym półmroku kościoła, do którego o tej porze zaglądała jedynie garstka nieużytecznych staruszek znużonych swym wiekiem i ciągłą bezsennością.
Spowolnione nie znaczy nudne! Opowieści Rulfa nie kipią od zwrotów akcji. Ale dzięki niewielkiej objętości (zazwyczaj kilka stron) i minimalistycznym podejściem do słowa (precyzja godna zegarmistrza), przekazywane jest tylko to, co potrzebne, bez żadnych zbędnych ozdobników.
To jest w ogóle niesamowita zdolność. U Rulfo nawet gdy coś się dzieje, to w spowolnieniu. Jakby cały świat był pogrążony w sjeście.
Oczywiście nie jest tak cały czas. W Złotym kogucie akcja toczy się dość wartko. Jest dużo podróżowania. Ale co z tego - chociaż miejsca na mapie się zmieniają, i tak miałem wrażenie, że stoję w miejscu. Może dlatego, że człowiek zachowuje się tak samo, niezależnie od czasu, miejsca i stanu społecznego.
![]() |
| Piękne zdjęcie autorstwa Juana Rulfo. Stanowiłoby idealną ilustrację do Pedro Páramo. (www.desinformemonos.org) |
Końcówka Koguta to sekwencja powtarzających się scen w domu Dionisia. Rulfo nakłada na siebie jak kalkę te same wydarzenia z tymi samymi uczestnikami, przez co trudno im dostrzec subtelne różnice; z początku niewielkie, ale pogłębiające się z każdym dniem, prowadzące do nieuchronnego końca.
Coś jak w muzyce słynne The Disintegration Loops Williama Basinskiego.
Z nowych opowiadań spodobały mi się jeszcze romantyczno-makabryczne Cleotilde, igrający z życiem i śmiercią Życie nie jest tak poważne, jak się wydaje oraz intensywna wendetta Angela Pinzona (Angel Pinzon zatrzymał się przy niewielkiej wyrwie). Znów Pinzon, jak w Kogucie!
Jeśli chodzi o Równinę w płomieniach, mam też jedną obserwację kompletnie bez żadnego znaczenia. Jednym z bohaterów Dali nam ziemię jest niejaki Melitón, przemierzający z grupą znajomych wyschniętą, niegościnną ziemię. Bohater o tym samym imieniu pojawia się także w Było kiedyś trzęsienie ziemi. Czy to zbieg okoliczności? Nie wiem, ale znamienne, że oba opowiadania dotyczą ziemi. Melitón chyba nie jest zbyt popularny imieniem w Meksyku, a przynajmniej nie znam żadnego piłkarza, który miał tak na imię. Mam nadzieję, że w tym momencie z piersi czytającego (jeśli w ogóle ktoś dotarł do tego momentu), wyrwało się ciche, pełne podziwu "wow"... Sam byłem pod wrażeniem swych zdolności.
![]() |
| Spis treści części równinnej. (fot. Milczenie Liter) |
Nie zawiódł mnie PIW, nie zawiedli tłumacze, redaktorzy, ani autor okładki. Trochę zawiódł sam Rulfo. Nie zrozumcie mnie źle: Złoty kogut i inne opowieści to naprawdę dobra, momentami wręcz wyśmienita, rzecz. Czyta się szybko i przyjemnie, karmi duszę, ale... gdzieś tam w środku czuję, że o ile wcześniej Rulfo częstował świeżym obiadem, teraz wystawił na stół zwietrzałe ciasto.
Tytułowy, Kogut bez problemu się broni, ale reszta kogucich opowiadań pozostawia z lekkim poczuciem niedosytu. Nie mają już tego pazura, tej fabularnej werwy, co Równina w płomieniach.
Dotyczą głównie śmierci (to nie wada ofc). Są jeszcze bardziej minimalistyczne i wyważone. Momentami nawet flegmatyczne.
Jednak nawet te spowolnienie nie ratuje od śmierci - która i tak nadejdzie, w swoim tempie i czasie. Może tak to właśnie działa, że gdy my zwalniamy, ona wciska gaz.
A zatem, czy warto? Tak!
Szczegółowy werdykt:
Pedro Páramo: 8,5/10 (w recenzji przyznałem tylko nędzna "8", ale z czasem dojrzałem do tej połówki)
Równina: 7,5/10
Złoty kogut: 7,5/10
reszta kogucich opowiadań: 6-7




Komentarze
Prześlij komentarz
Jeśli recenzja lub książka wzbudziła w Tobie jakiekolwiek emocje - nie wahaj się, SKOMENTUJ :)