JUAN RULFO - Pedro Páramo i inne prozy [recenzja #172]

 


Rozdziobią nas koguty, rulfy.

***


📕 WYDAWNICTWO: Państwowy Instytut Wydawniczy
🕒 ROK WYDANIA: 2026
📖 ILOŚĆ STRON: 456

OCENA:    




Rzuciłem się na prozy Rulfa od PIW jak marketingowcy na proteiny, i jestem już po lekturze.

Pedro Páramo i Równinie w płomieniach nie będę się już wypowiadać - zainteresowanych odsyłam do wcześniejszych recenzji, a leniuchom powiem tylko, że obie pozycje są wyśmienite. Prawdziwa literacka uczta. Po kilku latach od lektury wręcz zyskują. 

Pedro Páramo --> recenzja

Równina w płomieniach --> recenzja

Po polsku debiutują dwa opowiadania z Równiny, pominięte w poprzednim polskim wydaniu. Obie nie należą do czołówki zbioru, ale i nie obniżają jego poziomu. (Było kiedyś trzęsienie ziemi, Dziedzictwo Matildy Arcangel).

Tu drobna uwaga odnośnie posłowia: jest rzetelne i ciekawe; pozwala na bardziej świadome odkrywanie literackiej mocy Rulfa.

Ale z niezrozumiałych powodów tłumaczka nie podaje, które dwa opowiadania zostały dołączone do Równiny i, co za tym idzie, debiutują w polskim przekładzie. Wszystkie pozostałe opowiadania z tego zbioru tłumaczka wymienia w polskim tytule, ale akurat te dwa w hiszpańskim. I o ile można się domyślić, że La herencia de Matilde Arcangel to Dziedzictwo Matildy Arcangel, to polskie znaczenie El dia del derrumbe dla laika wcale nie jest oczywiste. W efekcie ciekawski i dociekliwy czytelnik (czyli ja), musi analizować wszystkie polskie tytuły, sprawdzić, którego tłumaczka nie wymieniła, i samodzielnie dojść do wniosków.

Na szczęście pozostała część wstępu rekompensuje tę drobnostkę. W pełni się zgadzam z tą obserwacją, patrzcie jak pięknie opisaną:

Bohaterowie Rulfa zamieszkują symboliczną przestrzeń "pomiędzy" i żyją w specyficznym dla tej prozy czasie, którego upływ obiektywny - mierzony wskazówkami zegara i d z i a n  i e m  się zdarzeń - jest zatrzymany; (...) wydarzenia odsuwane są w nieskończoność, a jednocześnie życie wewnętrzne postaci rozrasta się, bo każdy zapach, dotyk czy wspomnienie przywoływane są z detalami.

Z nowych rzeczy zdecydowanie wyróżnia się Złoty kogut. Bohaterem jest oczywiście tytułowy złoty kogut, który wygrywa walkę za walką (do pewnego momentu, rzecz jasna).

Miłośnicy zwierząt i eko-mięczaki niech się nawet nie zabierają za lekturę. Mamy tutaj szczegółowe opisy walk kogucich z krwawiącymi bokami, podziurawionymi skrzydłami, wydziobywaniem oczu i dobijaniem krwawiących zwierząt. Oczywiście, jest to tylko tło, niezbędne meksykańskiemu pisarzowi do naszkicowania fabuły. A ta przedstawia się następująco: obwoływacz Dionisio Pinzon, biedny, wyśmiewany z racji na deformację ręki nie mógł się podjąć "normalnej"pracy. Przymierał głodem, w milczeniu znosił obelgi, by zapewnić nędzny byt sobie i schorowanej matce. Krążył po zakurzonych uliczkach i robił użytek ze swego głosu, niczym średniowieczny herald.

Pewnego dnia jego los się odmienia. Przygarnia zranionego po jednej z walk złotego koguta i ratuje go od pewnej śmierci. Następnie wyrusza na tournee po meksykańskich wygwizdowach, powiększając fortunę i przyciągając ludzi mniej lub bardziej podejrzanego autoramentu. Kluczową rolę w opowieści odegra wędrowna śpiewaczka, La Caponera.

Nieco baśniowa otoczka (od zera do milionera, transformacja bohatera, któremu odbija sodówka po zdobyciu bogactwa) przypomina o prawdach uniwersalnych - tutaj Rulfo prochu nie wymyślił (da się to w ogóle zrobić?) - a przede wszystkim o cyklach, które powtarzają się w kolejnych pokoleniach i powtarzać będą, niczym kręgi po kamieniu rzuconym do wody.

Forma zasługuje na poklask i uznanie. Jeśli ktoś jeszcze śmie wątpić w talent Rulfa, niech sprawdzi poniższy cytat. 

Słychać było głos obwoływacza, lecz na tyle daleko, że nie dało się zrozumieć słów. Mowa o jednym z tych miejskich obwoływaczy, co na rogach ulic obwieszczają rysopis zaginionego zwierzęcia, dziecka albo dziewczyny... [...] 

Kobiety oddalały się w stronę kościoła, a obwieszczenie słychać było coraz głośniej, aż wreszcie obwoływacz zatrzymał się na pobliskim rogu i przyłożywszy ręce do ust, ostrym i przeszywającym głosem krzyczał:...

Narrator stoi w miejscu i obserwuje. Nie przytacza od razu słów obwoływacza, gdyż ten jest daleko i nie da się ich zrozumieć. Ale gdy odczekamy kilka chwil, kilka akapitów później, Pinzon zbliży się, i dopiero w odpowiednim momencie, gdy stanie obok nas, narrator przekaże treść obwieszczenia. Sposób, w jaki Rulfo kontroluje przestrzeń i dźwięk, zrobił na mnie wielkie wrażenie. Mógł przecież napisać bez zbędnych ceregieli: "Na ulicy stał obwoływacz. Wołał: xxxxxx!".

Erupcja wulkanu Paracutin w 1943 roku. Pobliska wioska została zalana lawą, a mieszkańcy ewakuowani. Jedynie wieża kościoła przetrwała i po dziś dzień wznosi się dumnie nad zastygłymi wyziewami Paracutina.
(www.bombmagazine.org)

Gdy wreszcie dowiadujemy się, co takiego oznajmiało zachrypłe gardło obwoływacza, wydaje się, że Rulfo uczyni z tego punkt wyjścia swej opowieści. Nic z tego: to fałszywy trop i zmyłka, choć przy uważnej lekturze można dostrzec pewien punkt wspólny z zakończeniem opowiadania.

Tak właśnie wygląda akcja u Rulfo: coś się rusza, ale gdzieś poza narratorem, gdzieś za szybą. Powstaje wrażenie stagnacji, ruchu pozornego, jakiejś ślamazarnej gry światła i cienia. Właśnie ten taniec, wieczne zmagania winy i kary, życia i śmierci, obserwujemy - w spowolnionym tempie - w większości kogucich opowiadań. Czasem są one ze sobą powiązane (Moja ciotka Cecilia i Cleotilde), innym razem stanowią tak szczegółowy fragment jakiejś większej całości, że trudno go w ogóle zinterpretować (Susana Foster). Trochę polityki (Castillo de Teayo), nieco miłości (Listy do Clary), a przede wszystkim zemsta, śmierć i morderstwa. Nawet w trywialnych, zdawałoby się, obserwacjach na temat natury ludzkiej - jak ów ksiądz walczący na ambonie z wizją nagiego ciała Susany San Juan (To samo, co wczoraj, rzekł ksiądz) - kryje się głębsza prawda o człowieku. Każdy może zinterpretować ją po swojemu.

Zamknął brewiarz i otworzył Ewangelię Świętego Jana: "Na początku było Słowo", a wszyscy wierni zdążyli już wyjść z pogrążonego w porannym półmroku kościoła, do którego o tej porze zaglądała jedynie garstka nieużytecznych staruszek znużonych swym wiekiem i ciągłą bezsennością.

Spowolnione nie znaczy nudne! Opowieści Rulfa nie kipią od zwrotów akcji. Ale dzięki niewielkiej objętości (zazwyczaj kilka stron) i minimalistycznym podejściem do słowa (precyzja godna zegarmistrza), przekazywane jest tylko to, co potrzebne, bez żadnych zbędnych ozdobników. 

To jest w ogóle niesamowita zdolność. U Rulfo nawet gdy coś się dzieje, to w spowolnieniu. Jakby cały świat był pogrążony w sjeście.

Oczywiście nie jest tak cały czas. W Złotym kogucie akcja toczy się dość wartko. Jest dużo podróżowania. Ale co z tego - chociaż miejsca na mapie się zmieniają, i tak miałem wrażenie, że stoję w miejscu. Może dlatego, że człowiek zachowuje się tak samo, niezależnie od czasu, miejsca i stanu społecznego. 

Piękne zdjęcie autorstwa Juana Rulfo. Stanowiłoby idealną ilustrację do Pedro Páramo.
(www.desinformemonos.org)

Końcówka Koguta to sekwencja powtarzających się scen w domu Dionisia. Rulfo nakłada na siebie jak kalkę te same wydarzenia z tymi samymi uczestnikami, przez co trudno im dostrzec subtelne różnice; z początku niewielkie, ale pogłębiające się z każdym dniem, prowadzące do nieuchronnego końca. 

Coś jak w muzyce słynne The Disintegration Loops Williama Basinskiego.

Z nowych opowiadań spodobały mi się jeszcze romantyczno-makabryczne Cleotilde, igrający z życiem i śmiercią Życie nie jest tak poważne, jak się wydaje oraz intensywna wendetta Angela Pinzona (Angel Pinzon zatrzymał się przy niewielkiej wyrwie). Znów Pinzon, jak w Kogucie!

Jeśli chodzi o Równinę w płomieniach, mam też jedną obserwację kompletnie bez żadnego znaczenia. Jednym z bohaterów Dali nam ziemię jest niejaki Melitón, przemierzający z grupą znajomych wyschniętą, niegościnną ziemię. Bohater o tym samym imieniu pojawia się także w Było kiedyś trzęsienie ziemi. Czy to zbieg okoliczności? Nie wiem, ale znamienne, że oba opowiadania dotyczą ziemi. Melitón chyba nie jest zbyt popularny imieniem w Meksyku, a przynajmniej nie znam żadnego piłkarza, który miał tak na imię. Mam nadzieję, że w tym momencie z piersi czytającego (jeśli w ogóle ktoś dotarł do tego momentu), wyrwało się ciche, pełne podziwu "wow"... Sam byłem pod wrażeniem swych zdolności.

Spis treści części równinnej.
(fot. Milczenie Liter)

Nie zawiódł mnie PIW, nie zawiedli tłumacze, redaktorzy, ani autor okładki. Trochę zawiódł sam Rulfo. Nie zrozumcie mnie źle: Złoty kogut i inne opowieści to naprawdę dobra, momentami wręcz wyśmienita, rzecz. Czyta się szybko i przyjemnie, karmi duszę, ale... gdzieś tam w środku czuję, że o ile wcześniej Rulfo częstował świeżym obiadem, teraz wystawił na stół zwietrzałe ciasto.

Tytułowy, Kogut bez problemu się broni, ale reszta kogucich opowiadań pozostawia z lekkim poczuciem niedosytu. Nie mają już tego pazura, tej fabularnej werwy, co Równina w płomieniach.

Dotyczą głównie śmierci (to nie wada ofc). Są jeszcze bardziej minimalistyczne i wyważone. Momentami nawet flegmatyczne.

Jednak nawet te spowolnienie nie ratuje od śmierci - która i tak nadejdzie, w swoim tempie i czasie. Może tak to właśnie działa, że gdy my zwalniamy, ona wciska gaz.

A zatem, czy warto? Tak!


Szczegółowy werdykt:

Pedro Páramo: 8,5/10 (w recenzji przyznałem tylko nędzna "8", ale z czasem dojrzałem do tej połówki)

Równina: 7,5/10

Złoty kogut: 7,5/10

reszta kogucich opowiadań: 6-7

Komentarze

Copyright © MILCZENIE LITER